Ja byłem z miasta
Miałem skórzaną kurtkę i przeciwsłoneczne okulary
A ty prałaś torebki foliowe z supermarketu
i wieszałaś je na sznurkach w łazience
W bezlitosnym upale
ciągnęłaś mnie
na drugi koniec bazaru
bo tam marchewka była tańsza
o 10 groszy
Miałem skórzaną kurtkę i przeciwsłoneczne okulary
I byłem tak cholernie wyrozumiały
Nigdy nie kupowałaś bananów
bo po co ?
W ziemniakach jest więcej skrobi
A kiedy odjeżdżałem
przynosiłaś brudne jajka
i mleko prosto od krowy
w cynkowej bańce
z pogiętą przykrywką
uszczelnioną gazetami
„To pijta, bo zdrowe” – mówiłaś
„A to ze sklepu, to kupa dziada”
Mleko kapało na wykładzinę
w bagażniku mojego zagranicznego auta
i byłem wściekły
Ale byłem z miasta
Miałem skórzaną kurtkę i przeciwsłoneczne okulary
I wypełniał mnie ocean uprzejmości
Chlupotały we mnie hektolitry
dobrotliwego zrozumienia
Nawet wtedy, gdy kazałaś mi wyciągać obierki z kosza
bo ich miejsce jest w kompostowniku
I gdy parzyłaś mi kawę z prażonego żyta
bo ta prawdziwa się skończyła
Lub gdy pod cieknący kran stawiałaś garnek
by do rana nakapało z litr, albo półtora
choć tego lata w powodzi zginęło 56 osób
7000 straciło dach nad głową
i trzeba było ułożyć od nowa
2000 kilometrów torów
Ty ratowałaś pojedyncze krople
bo każdej kropli szkoda
a ja godzinami stojąc pod prysznicem
śpiewałem, że jestem z miasta
i parskałem zwycięsko
Jak głupek
Bo to raczej ja byłem
pożałowania godzien
Choć byłem z miasta
I miałem skórzaną kurtkę i te okulary
Cóż
lata chylą mnie ku ziemi
Przeciwsłoneczne okulary zsunęły się
na czubek mego nosa
Zdziwiony spoglądam sponad ciemnych szkieł
i dopiero teraz
dostrzegam również tę część światła
która zawsze biła od Ciebie
I dopiero teraz
kiedy patrzę na to wszystko
widzę
że to Ty
zawsze miałaś rację
.