SOLIDNY MĘŻCZYZNA

_

_

Ja wiem 

jakie tu macie procedury

siostro

ale to niepotrzebne

nie siedź tu ze mną            

przez całą noc

nie zwilżaj mi ust

nie ocieraj czoła 

nie trzymaj mnie za rękę

gdy nagle

zacznę ciężko oddychać    

tej nocy chcę zostać 

sam

bo ja mam jeszcze

do pomówienia 

z aniołami

i z samym diabłem

(który jakby nie było

też jest aniołem)

to mogą nie być miłe             

pogaduszki

zostań w dyżurce

siostro

zrób sobie kawę

zadzwoń do chłopaka

prześpij się na sofie

daj mi ten czas

a gdy przyjdziesz rano

będzie po wszystkim

obiecuję …                                

to taki silny

solidny mężczyzna – pomyślała

zawsze musiał taki

być                

zrozumiała                      

wyszła

po cichu domknęła drzwi

a gdy wróciła nad ranem

faktycznie było

po wszystkim

złożyła mu dłonie na piersi

zamknęła mu oczy

postawiła przewróconą

lampę   

wymiotła spod łóżka           

kilka piór

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

mal:Jacek Malczewski / Portret Stanisława Bryniarskiego (1902)

POETA I DUKATY

_

_

Królowa ujęła    

pergamin w obie dłonie 

i przycisnęła go    

do piersi

ten wiersz – powiedziała

to arcydzieło

pod każdym względem

ten wiersz to rubinowe 

jajko Fabergé

tętniące od środka

pulsem galaktyki

cały kosmos zawarłeś

w ledwie kilku 

słowach

nikt

nigdy

nie zagrał tak pięknie

na harfie mej

wrażliwości

jako dowód wdzięczności

na twą cześć 

poeto

jeszcze dziś każę nazwać 

twym imieniem 

najpiękniejszy z kwiatów   

w mym pałacowym ogrodzie

dziękuję

możesz odejść …

więc posłusznie wyszedł 

w głębokim

poddańczym pokłonie 

trochę zawiedziony

jako że liczył 

na choć kilka

dukatów

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

mal: Piotr Naliwajko

NIEŚMIERTELNOŚĆ  CZYLI WIERSZ DŁUGI  NUDNY  I PO GŁĘBSZYM NAMYŚLE  MAŁO KOMU POTRZEBNY … JAK SAMA NIEŚMIERTELNOŚĆ  WŁAŚNIE 

 

_

_

Świat był jedną   

wielką 

cuchnącą kałużą

przeżyłem kolejny dzień

ale jakby mnie przy tym

nie było             

i nie dbałem o to  

miałem już wszystkiego

naprawdę dość                  

więc ukradłem samolot

lecz inaczej niż tamci piloci

co w kleszczach desperacji

pikowali ku ziemi

ja poleciałem w górę

coraz wyżej                      

i wyżej                        

w zimny kosmos

w brak tlenu

to też jest metoda – pomyślałem  

lecz gdzieś w górnych warstwach 

stratosfery

śmigło przestało się kręcić             

i zaległa cisza

samolot płynął jak łódka

lekko się kołysząc                

dryfował coraz wolniej

powoli

aż głucho stuknął brzuchem       

o jeden z obłoków            

i wysiadłem              

i poszedłem przed siebie

i na jakiejś polanie

zobaczyłem wodospad

spadający gdzieś z góry

lecz nie z krawędzi skały

tylko jakby z nieba

i sam nie wiem dlaczego

zdjąłem ubranie                     

i stanąłem nagi                         

pod tym wodospadem

a woda zmyła ze mnie

wszystkie moje fizyczne

troski oraz bóle                

i poczułem się czysty

i lekki

jak nigdy dotąd

niewypowiedziana 

świeżość …

(trudno mi znaleźć słowa 

by ją tu opisać)                  

a moje ubranie

leżące w bujnej trawie 

było nagle wyprane                

czyste

i pachnące   

i gdy je włożyłem

powiedziano

“teraz jesteś gotów  

by się spotkać z Bogiem

skoro tu trafiłeś                            

będziesz mógł zadać jedno            

jedyne pytanie

i stanąłem przed obliczem 

Pana

który zresztą wyglądał

jak św. Mikołaj

(wtedy dotarło do mnie

że to On osobiście            

musi każdego roku 

e …mniejsza o to)

pytaj zatem – powiedziano

więc pamiętając powody

dla który się tu znalazłem

zapytałem :                            

czy Bóg mógłby 

duszę człowieka 

zmielić

zetrzeć w pył 

i zdmuchnac

tak by nie zostało 

nic

by jej już nie było

w niebie

w piekle

ani na ziemi

i nigdzie ?

zdumiało         

zasmuciło 

to moje pytanie

jako że nikt nie zakłada 

takiego obrotu spraw

“nieśmiertelność – powiedziano

jest pragwoździem 

którym definicję duszy                         

przybito na drzwiach 

katedry wszechrzeczy

a katedra owa

nie ma granic w czasie

ani ram w przestrzeni

a kazda dusza

to samotny galernik

w pocie czoła płynący 

w górę rzek przeznaczenia                 

które to rzeki z kolei 

nie mają źródeł               

ani ujść nie mają 

są nieskończone

nieśmiertelność duszy

to dar niezbywalny …

albo krócej mówiąc

zapomnij

wieczność macie

od zawsze  

na zawsze

w pakiecie

to powiedziawszy

nakazono mi odejść  

kiedy ja jestem strasznie

tak strasznie

śmiertelnie zmęczony  – powiedziałem jeszcze

i wtedy Pan nagle 

zrobił się cały 

niebieski

zerwał się od biurka

i rzucił papierami

i byłby skoczył do mnie

lecz go powstrzymano

ty jestes zmęczony ?!

ty ?! –   zawołał   

a co ty myślisz że ja               

że ja sam

nie mam już tego wszystkiego

naprawdę kuria 

dość ?!

paszoł won !

won !!!

wołał jeszcze   

grzmiał

ciskał gromy

i zabrano mnie stamtąd w popłochu

i bez słowa wysłano na ziemię …

odstawiłem samolot

do hangaru

(nikt nie zauważył)

i wróciłem do domu 

świat był nadal jedną

wielką

cuchnącą kałużą

ale teraz w dodatku 

już na pewno bez żadnej 

nadziei

że to się kiedykolwiek   

zmieni.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

mal: Alegoria Nieśmiertelności / Giulio Romano (ca 1540)

PRAWDA

_

_

Czasem budzi mnie w środku nocy

coś jakby naga prawda

w swej najczystszej

odartej ze złudzeń postaci

i oto widzę wyraźnie

moją durną

siermiężną przeszłość

poszarpane teraz

i co najgorsze

moją przyszłość …

(to nie jest przypadek

że statystycznie

najwięcej zawałów u mężczyzn

w moim wieku

ma miejsce w poniedziałki

o piątej nad ranem)

obracam mokrą poduszkę

na drugą stronę

uspokajam serce

i zasypiam z kołdrą na głowie

a potem

przy śniadaniu

obieram jajko ze skorupki

i kroję pomidora na ćwiartki

schludnie

elegancko

z wielką wprawą

jak gdyby nie stało się

nic.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

ilustr: Dari Zuron (דרי)

MŁODY BÓG

_

_

Jestem zmęczony

rób teraz co chcesz – powiedziałem

i padłem na plecy

na zimne prześcieradło

gdy wracała z łazienki

światło ulicznej latarni

wpadało przez otwarty

balkon

i lśniło na jej nagiej

mokrej skórze

niczym światło księżyca

na tafli baśniowego

jeziora

jej piękne

długie włosy

z wolna omiotły

moją twarz

potem pierś

potem brzuch

młody bóg – szeptała

młody bóg …

ujrzałem ją przypadkiem

40 lat później

te jej długie włosy

były całkiem siwe

choć wciąż piękne

przeszła obok

nie zawołałem

hej !

to ja !

pamiętasz ?

bo się wstydziłem

i bałem

że tamto wspomnienie

popęka i trzaśnie

jak krucha porcelana

chciałem by pozostało

niewzruszone

zawsze lśniące

i dla niej

i dla mnie.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

mal: Adam i Ewa / Tamara de Lempicka (1932)

RACHUNEK SUMIENIA

_

_

A potem z martwych 

wstał

i odszedł     

i nikt Go już więcej 

nie widział

chociaż …

kiedyś podobno 

zjawił się w jakimś

amerykańskim show              

w katolickiej stacji o nazwie 

“Rachunek sumienia”

czy coś w tym rodzaju           

i kiedy przyszlo do pytań 

ktoś z widowni zawołał:

poruszająca historia                            

ale czy warto było ?!

zaległa kłopotliwa 

cisza

słychać było jedynie

buczenie potężnych

reflektorów                      

a On milczał 

nie odpowiedział

minę miał                            

frasobliwą    

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

fot: Alexey Kondakov

RZECZ O STWORZENIU ADAMA CZYLI CO TAK NAPRAWDE ZOBACZYŁEM   W KAPLICY SYKSTYŃSKIEJ

  

 

_

_

A wtedy Adam

w lekceważącej pozie

bez lęku                                    

bez szacunku

i jakby znudzony

spojrzał w oblicze Pana

nie chciałem byś mnie stworzył

nie prosiłem o to – powiedział 

nie chcę byś mnie pouczał

beształ lub nagradzał                         

nie chcę udręki istnienia

wśród niebosiężnych stosów      

obietnic i zdrady

i wyrzutów sumienia   

nie chcę zaległych rachunków   

migreny

raka prostaty   

rozterek i nudy

i tego wiecznego lęku

o bliskich

o prawdę    

o sens

po co mi to ? 

dlaczego ?

Pan zapałał gniewem

na ten brak wdzięczności

a zlęknione Anioły

chwyciły go za poły

jego zwiewnej szaty

ciągnęły za ramiona 

przerażone

próbowały zapobiec

najgorszemu …

masz być ! – wołał Pan

i groził niewdzięcznemu 

palcem bożym

masz  być !

bo taka jest moja wola !

lecz Adam niewzruszony

pomyślał jedynie    

jak chcesz

lecz wiedz 

że będę sprawiał problemy …

a w prawej dłoni 

ukrył ostry 

kamień

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

mal: … wiadomo

NIEDZIELNY PORANEK W CYWILIZOWANYM EUROPEJSKIM KRAJU

_

_

O tej porze roku

koło szóstej rano                                 

jest już jasno

gdy wychodzę z sypialni

kot staje na mej drodze

krzyczy na mnie

i wywija ogonem

prowadzi mnie do kuchni

gdzie stoi jego pusta

miseczka 

skandalicznie pusta

miseczka

dosypuję mu karmy

ociera się o poły                         

mojego szlafroka

lecz nadal zagniewany

wywija ogonem

bym czasem nie pomyślał 

że wszystko jest tak całkiem

do końca

okej

i je …

i dopiero wtedy

myję zęby             

i tak dalej

parzę kawę

i włączam komputer

by sprawdzić kto tymczasem 

i komu

spuścił rakiety na głowę

który kraj uderzył w sąsiada      

jakie miasta spalono

wsie rozjechano czołgami         

ile dzieci zginęło

pod gruzami

ile matek

głodnych  

zakrwawionych

z tobołami

piaszczystymi drogami

donikąd …  

kot staje w drzwiach gabinetu

znowu miauczy

chce dokładkę 

wstaję i idę do kuchni

ech 

kocie

kocie – powiadam

przy okazji 

robię sobie grzankę

i dolewam kawy.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

fot: Arthur Greenspon // kwiecień 1968 / Wietnam / sierżant Watson Baldwin kierujący śmigłowcem ewakuacji medycznej.

EMERYTURA

_

_

Zabiorę Cię do kawiarni                     

w domu towarowym “Biltema”

tym obok centrum ogrodniczego

weźmiemy dwa ptysie

(i plastikowe widelce)

oraz jeden gazowany

sok pomarańczowy na dwoje

ze względu na moje serce

i Twój  żołądek                           

nie weźmiemy kawy

zapytasz czy nie powinniśmy 

kupić ziemi do kwiatków

nie odpowiem

filozoficznie dumając 

ile mieliśmy szczęścia

i czym zasłużyliśmy na to

że ten los łaskawy   

zaprowadził nas dwoje

razem    

aż  tutaj

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

fot: wł.

SYBKIE BUTY

_

_

Poszliśmy do galerii

bo chciałem kupić chłopcu

nowe buty

wybrałem kilka par  

dobierałem rozmiary

kolory

fasony

doradzano nam różne 

marki

i modele

lecz on miał tylko jedno 

kryterium oceny

cekaj tata – wołał

zobacę cy som sybkie !

po czym liczył do trzech

i  startował  

(w jego pojęciu zapewne

był szybki jak strzała)

i biegał po lśniącej posadzce

od kasy do drzwi

i z powrotem

a potem 

zdyszany

zdawał mi relacje 

sybkie – mówił

mogom być                                       

albo

te som za słabe …                                   

sprzedawcy się uśmiechali           

ja byłem po ojcowsku

cierpliwy 

lecz on dokładnie wiedział

czego mu potrzeba

i po cośmy tutaj 

przyszli 

robił swoje … 

w końcu mu kupiłem 

te najszybsze

chociaż były drogie    

i w nieciekawym kolorze

śmigaj synu – pomyślałem 

i niech Bóg zawsze

prostuje twoje

ścieżki   

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

fot: arch. wł. (2003)