Pani Basia pamiętała
swój pierwszy raz
lecz bardziej
zapadł jej w pamięci
ten ostatni
piętnaście lat temu
Następnego ranka
mąż ją zostawił
dla młodszej
pielęgniarki
(historia stara jak świat)
a ona nienawidziła
i tęskniła
jednocześnie
bo nienawiść
tak naprawdę
rzadko bywa totalna
Tak jak i miłość
Pani Basi w każdym razie
wszystko się pomieszało
Sama nie wiedziała czego chce
A może i wiedziała
lecz wolała milczeć
Przez te lata
kiedy była sama
zawzięcie tarła ziemniaki
trzepała koce
i wieszała pranie
Jak gdyby nigdy nic…
I tak strasznie tęskniła
,
Pan Marian
jakby to powiedzieć
przez całe życie chodził
do tego samego kościoła
na msze odprawiane
raz przed ołtarzem
raz na zakrystii
Ten sam dzwon
i ta sama dzwonnica
przez ponad ćwierć wieku
I nie ciągnęło go na boki
Ale potem
jego żona zmarła
Od tego czasu pościł
a w tych rzadkich
zawstydzających chwilach
grzechu i poruty
w łazience
przed zaparowanym lustrem
tłoczył w swoją duszę
więcej smutku
niż ukojenia
,
A tego lata
w hotelu „Trojak”
była wystawa
kwiatów
i kompozycji kwiatowych
Jedno z tych zdarzeń
które jak magnes ściągają
motyle
pszczoły
i emerytów
,
Wpadli na siebie
znienacka
przypadkiem
przy zadziwiającym bukiecie
który nazwano
„Black Jack”
Pan Marian był oszołomiony
zapachem kwiatów i
widokiem tej kobiety
Miała tak piękne
modre oczy
I te piersi
jak melony
Boże
Drgnęła w nim jakaś
zapomniana struna
Jego krwiobieg zawrzał
Był prawie gotów
jak dawniej przed laty
kupić wino
wziąć pokój w hotelu
i do białego rana
językiem wciskać przyciski
które raz za razem
wysyłały by ją w kosmos
do Nieba
Tego był pewien
choć byłaby to przecież
dopiero
druga kobieta
w jego życiu
,
A pani Basia poczuła
że gdzieś za mostkiem
pękł jej flakonik
z czymś gorącym
„On ma takie silne
męskie dłonie” – pomyślała
Zapragnęła by zaszedł ją od tyłu
i tymi sękatymi łapy
ścisnął jej piersi
mocno
aż zatrzeszczą fiszbiny w staniku
aż jej dusza do ostatka
omdleje
i zalegnie przewieszona
przez jego silne
samcze ramię
niczym jedwabny szal
na granitowej skale
Byłaby gotowa
ubrać się w fartuszek
i być na jego rozkazy
mogłaby myć
jego samochód
mogłaby spłacać długi
ale by żyła
bo ciepło jego dłoni
i zapach jego kurtki
w przedpokoju
byłyby jej do życia
potrzebne jak tlen
Tego była pewna
choć byłby to dopiero
jej drugi mężczyzna
,
„Piękny” – wyszeptała
myśląc chyba
o bukiecie
„Prawdziwy cud natury” – odrzekł
patrząc jej prosto w oczy
Oboje byli zmieszani
zawstydzeni swymi myślami
siwymi włosami
marnymi emeryturami
niespodziewanie młodzieńczą
durnotą serc
co nagle rozkwitła
jak te cudne kwiaty
lecz która im
nie przystoi
Bo co by ludzie
Bo co by dzieci
Bo jak to
Więc krok w tył
Więc krok w bok
Jeszcze jeden uśmiech
Marnie odegrana
chwila skupienia
nad jakąś etykietką
choć bez okularów
to tylko biała plama…
I tyle…
Ich tramwaje odjechały
każdy do innej zajezdni
A to miasto jest
zbyt wielkie
by się mogli
odnaleźć
,
Pani Basia wróciła
do swej kawalerki
Starła ziemniaki
Powiesiła pranie
Wytrzepała koce
,
Pan Marian
nie zdejmując kurtki
stanął przed lustrem w łazience
Oparł się czołem o zimne szkło
i tak stał
i stał
i gdyby nie ta staromodna
męska duma
to pewnie byłby
zapłakał
,
Oboje mieli dziwne
duszne poczucie
że zgrzeszyli
I oboje
mieli rację
cholera
bowiem takie
zaniechanie
zwykłej człowieczej bliskości
to ósmy
jakże powszechny
grzech główny
ludzkości
,
Pani Basia
wyjęła
starą gazetę z kosza
i odnalazła
to niewielkie ogłoszenie
Potem zaczęła studiować
daty w kalendarzu
Stuknęła palcem we wtorek
i pobiegła do szafy
poprzeglądać sukienki
,
Pan Marian nie miał gazety
ale znalazł numer
hotelu „Trojak”
Zadzwonił i zapytał
czy następnego dnia
będzie jeszcze ta wystawa
„Jutro ostatni dzień” – powiedziała recepcjonistka
„Serdecznie zapraszamy
Bo wie pan…
naprawdę
grzechem by było
to przegapić”
.