„MARTA, CZYLI JEDEN DZIEŃ Z ŻYCIA KOBIETY”

W dalszej ich podróży przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu”

                                                                                                                                                                               Łk 10, 38.

 

 

BETANIA – PALESTYNA. ROK 30 N.E.

                                                                                                                          1.

   Lazarus miał klaustrofobiczny sen. Śniło mu się, że jest rybą, lecz oddychanie pod wodą przychodzi mu z trudem. Za wszelką cenę chciał się wydostać na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza. Bo choć był rybą, czuł, że właśnie w atmosferze znajdzie ratunek. Machał płetwami, prężył grzbiet, ale nie mógł się wyrwać z otchłani. Leżał brzuchem na piaszczystym dnie i miotał się. I kto wie czy by się nie udusił, gdyby nie Marta, która usłyszawszy, że coś się dzieje, przyszła i wydobyła jego głowę ze skołtunionego posłania. Lazarus, mokry od potu i prawie siny, długo jeszcze dyszał, trzymając siostrę kurczowo za ramię. Jak topielec, który wyciągnięty na brzeg, wciąż jeszcze ściska wiosło, które mu podano, w obawie, że kiedy je puści, odchłań jakąś magnetyczną siłą wessie go z powrotem – tym razem na zawsze. Marta głaskała go po głowie i wierzchem dłoni ocierała pot z jego czoła. Były to rzadkie, krótkie chwile, kiedy cała siła i wiedza Lazarusa na nic mu się zdały i mogła się do niego, tak po prostu, zbliżyć. W takich chwilach Lazarus budził w niej uczucia – co tu dużo mówić – macierzyńskie. Tylko ona jedna takim go widywała. Była mu potrzebna. Wiedziała o tym. Sprawiało jej to przyjemność. Nie miała do niego żalu, że nic nie zrobił, aby wydać ją za mąż. Zapominała, że wręcz odstraszał i tak nielicznych chętnych. Że kazał jej prowadzić dom, oszczędzając kilka nędznych drachm na służbie. I że całą swą uwagę i troskliwość skupiał na młodszej, ładniejszej siostrze – Marii.

Lazarus uspokoił się wreszcie i zaczął zapadać w sen. Marta wiedziała, że jeżeli brat teraz zaśnie, z głową na jej kolanach, to będzie tak siedziała do świtu i ani drgnie. Ale na tyłach domu ktoś załomotał w drzwi. Lazarus przebudził się i zsunął z jej kolan, by mogła pójść zobaczyć co się dzieje. Zdarzało się, że do ich domu przychodzili jacyś ludzie i że Lazarus rozmawiał z nimi o interesach. Często przychodzili w środku nocy, lub nad ranem. Tak było i tym razem. W małym, glinianym lufciku przy drzwiach Marta zobaczyła twarz człowieka, którego już gdzieś wcześniej spotkała.

– Co jest ? – spytała.

– Otwórz kobieto.

– A coś ty za jeden ?

Mężczyzna milczał dłuższą chwilę.

– Brat w domu ? – spytał wreszcie.

– Tak.

– To otwórz. Albo go zawołaj.

Ale Lazarus był już w kuchni. Ubrany, ze spiętymi włosami, spokojny i pewny siebie. Takim właśnie widywała go na co dzień. Spojrzał na siostrę, a w jego oczach nie było już śladu tego lęku, który jeszcze parę minut temu, miał go całkowicie w swej władzy.

– Załóż coś na siebie – powiedział – Rozpal ogień.

Dopiero kiedy Marta zniknęła podszedł do drzwi i odryglował je.

Kiedy wróciła obaj siedzieli w rogu kuchni i rozmawiali szeptem. Zajęła się rozpalaniem ognia i tak ją to pochłonęło, że nie zauważyła kiedy obcy wyszedł.

Lazarus podszedł do Marty.

– Będziemy mieli gości  wieczorem – powiedział.

– Jakich gości ?

– Mój przyjaciel… i  paru Jego ludzi.

Marta po jego oczach poznała o kogo chodzi.

– TEN przyjaciel ? – zapytała.

– Idź do straganiarzy przy południowej bramie. Kup co trzeba.

– TEN przyjaciel ? – powtórzyła.

– Słuchaj, prowadzę interesy, mam wielu znajomych, ale kiedy mówię – przyjaciel – to tylko jeden wchodzi w rachubę.

– Zabiją cię ! Zabiją cię jak się będziesz zadawał z tymi ludźmi !

– Marta ! Rozmawialiśmy już o tym ! – Lazarus spojrzał na nią i wycelował w nią wskazujący palec.

– Obudzę Marię – powiedziała.

– Niech śpi. Szyła wczoraj do późna.

– Sama nie przyniosę zakupów. W domu prawie nic nie mamy.

– Przy straganach kręci się na pewno kilku dziadów. Za parę groszy przyniosą ci wszystko do domu. Trochę mięsa, trochę owoców, ryby … parę ryb … On lubi ryby, wino, chleb, takie tam. Wiesz. I bez przesady, nie robimy wesela.

– Przestałam już liczyć, że kiedykolwiek zrobimy wesele – powiedziała z takim smutkiem i z taką goryczą, na jaką tylko było stać starą pannę.

Mogła sobie na to pozwolić. Znała Lazarusa. Wiedziała, że w dniu, w którym ma ich odwiedzić jego Przyjaciel, nic nie zepsuje Lazarusowi humoru. Jej spokojny, zrównoważony brat zmieniał się wtedy nie do poznania. Jego oczy lśniły, ruchy stawały się szybkie i nerwowe. Przestawał się liczyć z pieniędzmi i w ogóle z czymkolwiek. Zresztą Marty to specjalnie nie dziwiło. Sama była pod wrażeniem. Brat jej imponował i miał nad nią całkowitą władzę, ale znała tylko jednego człowieka, pod którego spojrzeniem wymiękała jak wosk. Tylko jeden człowiek miał więcej siły i charyzmy od jej brata. Mówiono o Nim Nauczyciel. I właśnie Nauczyciel miał ich tego dnia odwiedzić.

                                                                                                  2.

   Betania, położona na wschodnim stoku Góry Oliwnej, miała wyjątkowy przywilej chwytania pierwszych promieni słońca o świcie. Słońce wychylało się nagle zza horyzontu i zalewało światłem wszystkie zakątki miasta jednocześnie. Miasta położone płasko na równinach długo się rozgrzewały w objęciach pełzających cieni, podczas kiedy Betanię obejmował nagły brzask, jakby spływała na nią łaska Pana. W każdym razie Marta tak to widziała. Nie było jej dane zobaczyć wielu miast, ale jednego była pewna – nigdzie wschód słońca nie był tak piękny jak tu, w Betanii. Nikomu o tym nie mówiła. Zresztą nie sądziła, by kogokolwiek to interesowało. Miała kilka swoich małych tajemnic. Jedną z nich było to, że czasem, zwłaszcza o tej porze roku, wychodziła do ogrodu za domem i patrzyła na wschód słońca. Stała tak owinięta chustą, mrużyła oczy i patrzyła. A słońce wyłaniało się zza horyzontu, gdzieś z miejsca, w którym jak mówił Lazarus, leżał Babilon. Powietrze nad płaskimi glinianymi dachami szybko się nagrzewało i szło w górę, wzdłuż stoku. Na jego miejsce napływało chłodne, wilgotne powietrze z równiny. Marta, rzecz jasna, nie mogła wiedzieć na czym polega to proste zjawisko. Dla niej było to kryształowe, orzeźwiające tchnienie wschodzącego słońca. Delikatny, łaskoczący powiew, który poruszał połami jej chusty i kosmykami włosów, opadających jej na twarz. Rozchylała wtedy ramiona, jak wielki rubinowy motyl, łopocząc chustą, niczym skrzydłami. Uśmiechała się, a ruch powietrza wywoływał gęsią skórkę na jej nagim ciele. Było to tak przyjemne, że aż stawała na palcach i drżała, odrzuciwszy głowę daleko do tyłu…  Ziemia pod bosymi stopami, słońce i wiatr, brały ją w posiadanie. W żadnych innych okolicznościach nie czuła się tak mocno częścią natury. I to było dobre, choć nie mogło z tego wyniknąć nowe życie, ani nic innego. To po prostu było dobre. Tak. I z pewnością nie było w tym nic grzesznego. Tak sądziła. Choć czuła, że gdyby ją ktoś w takiej chwili przyłapał, nie potrafiła by się wytłumaczyć.

3.

   Jednak tego ranka Marta nie miała czasu na igraszki z naturą. Owinęła się szerokim, lnianym pasem, za który zwykła wsuwać mieszek z monetami i wybiegła z domu. Betania nie była dużym miastem. Właściwie to była większa wieś. Nie miała takich murów, ani bram jak odległa o trzy kilometry Jerozolima. Jednak od południa, w miejscu gdzie wychodziła droga do Betlejem, ustawiono dwa kamienne słupy i nazwano je Bramą Południową. Było to miejsce zebrań, sądów i handlu. Marta stanęła na skraju bazaru, tuż przed pierwszym rzędem straganów i zaczęła się rozglądać. Wreszcie znalazła to czego szukała. Pewnym krokiem ruszyła w kierunku grupki opuchniętych nierobów, wylegujących się pod ścianą najbliższego budynku. Podnieśli się na jej widok. Dziwnie niezgrabnymi ruchami gładzili fałdy łachmanów, poprawiali skołtunione włosy, chowali za pasy flaszki z winem i noże, którymi z nudów strugali patyki. Normalnie nie było siły, która mogła by tych ludzi ruszyć z miejsca. Ale znali Martę. Wiedzieli, że jest siostrą Lazarusa. Z jakiegoś powodu gotowi byli tarzać się w piachu i skomleć, gdyby im tylko kazała. Marta spojrzała w ich ogłupiałe, zarośnięte gęby i zobaczyła samo zło. Jeżeli któryś z nich był kiedykolwiek w świątyni, to chyba tylko po to, by się pomodlić, aby Pan nie dał mu pracy. Żyli z tego co ściągnęli ze straganów i wyciągali noże z byle powodu. Miało się wrażenie, że brak powodu jest dla nich wystarczającym powodem, by podpalić miasto. Nie bali się bólu, nie bali się śmierci, ale bali się Marty. W tym mieście nawet psy i skorpiony schodziły jej z drogi. Była chyba jedyną kobietą, która mogła iść sama na targ, do tego z mieszkiem pełnym monet. Najbardziej szanowani obywatele i najgorsi menele darzyli ją jednakowym respektem. Nie wiedziała dokładnie jakiego rodzaju interesy prowadził jej brat i nigdy o to nie pytała.

– Cześć ochlapusy – zawołała.

Kolesie wyszczerzyli kły i zarechotali.

– Chcecie zarobić parę groszy ?

Zawzięcie kiwali głowami, jakby ciężka robota za parę nędznych groszy była ich chlebem powszednim i jedynym pragnieniem. Wybrała dwóch z nich. Jeden był w miarę czysty i wyglądał na takiego co to rozumie ludzką mowę. Drugi był wyższy od pozostałych o głowę i bez wątpienia najsilniejszy. Obaj poczuli się wyróżnieni. Idąc za Martą puchli z dumy. Urośli, poszerzeli w barach i stąpali jak dwa Goliaty, wzbijając tumany kurzu. Zatrzymali się przy pierwszym straganie. Marta musiała unieść głowę wysoko do góry, by im spojrzeć w ślipia.

– Jest taka sprawa – powiedziała – Muszę zrobić zakupy. Za sześć dni Święto Paschy. Do miasta ściągnęły tysiące pielgrzymów i rozmaitego śmiecia. Masa obcych. Wiecie o co chodzi, nie ?

– No .

– Krótko mówiąc, niepewnie bym się czuła, sama, w tym tłumie obcych. Mam przy sobie trochę pieniędzy, wiecie. Chciała bym, żebyście mi towarzyszyli.

Poruszyli się, gotowi sięgnąć po maczety i wyrąbać Marcie drogę w gąszczu przyjezdnych głów. Oczywiście, mogła im powiedzieć, że po prostu potrzebuje tragarzy. I tak czuli by się zaszczyceni i wymiatali by ostre kamienie spod jej stóp. Ale Marta chciała im sprawić przyjemność. Ot tak. Na pozór bez przyczyny. Chciała do respektu, jakim darzono jej brata dołożyć coś swojego. Coś kobiecego.

4.

   Od sprzedawcy owoców Marta pożyczyła dwa duże kosze z rzemieniami. Obiecała je oddać jeszcze tego samego dnia i straganiarz wiedział, że tak będzie. Marta szła przodem, a dwóch oprychów, z koszami na plecach, za nią. Sprzedawcy wrzucali do koszy wszystko co pokazała palcem. Na dłużej zatrzymała się przy straganie z materiałami. Przez kwadrans targowała wyjątkowo piękną sztukę bisioru. Jej towarzysze czekali cierpliwie, wodząc wzrokiem za przechodzącymi obok mężczyznami. Zastanawiali się czy nie należało by któregoś z nich, tak na wszelki wypadek, wytrzaskać po pysku. Wreszcie Marta dała znak i poszli dalej. Przez jakiś czas szukali świeżych ryb i specjalnego gatunku oliwy, do zaprawiania mąki. Marta wybierała daktyle i przebierała w garnkach miodu. W jednym z nich znalazła muchę, więc postanowiła iść do innego sprzedawcy. Po drodze jednak zaczęła szukać noża do czyszczenia lamp. Przy okazji kupiła nowe igły. Skoro kupiła igły postanowiła uzupełnić zapas nici. Wreszcie przypomniała sobie o miodzie i musieli wracać spory kawał. Kto nigdy nie towarzyszył zapobiegliwej kobiecie w robieniu zakupów, ten nie wie co znaczy udręka. Dla oprychów było to czymś nowym, ale znosili swój los bez szemrania. Kosze ciążyły im coraz bardziej, ale ani na chwilę nie ściągali ich z pleców. Marta też była zmęczona. Szumiało jej w głowie od zaduchu i gwaru targowiska. Słońce było już wysoko i dawało się we znaki. Kupiła wszystko co zamierzała i jeszcze parę drobiazgów. Dała znak do odwrotu. Teraz tragarze szli przodem, a ona za nimi. Zwiększywszy swą masę o pełne kosze oprychowie bez trudu rozpychali tłum i torowali Marcie drogę. W ten sposób opuścili bazar i zaczęli się piąć pod górę. Nie musiała im dawać wskazówek. Doskonale wiedzieli jak trafić do domu Lazarusa. Kiedy tam dotarli postawili kosze na progu i cofnęli się w cień krużganka. Nie wolno im było wchodzić do tego domu i nie zrobili by tego, nawet gdyby im kazała. Marta przyniosła im po kubku wina i dała każdemu drachmę. To była spora suma, jak na tamte czasy. Za drachmę robotnik w winnicy musiał pracować od świtu do zmierzchu.

– Jakby jeszcze co było potrzeba, to my zawsze, tego … – powiedział ten, który wyglądał na bystrzejszego.

– Jasne – powiedziała Marta – Wiem gdzie was znaleźć.

Odeszli w pokłonach. Marta wróciła do kuchni by rozpakować kosze.

5.

  Maria, jej młodsza siostra, stała przy oknie. Dopiero co się obudziła. Miała na sobie luźną koszulę, niedbale zsuwającą się z  nagich ramion. Przeciągała się jak młoda lamparcica, piękna i obojętna na zachwyt, jakim darzył ją świat.

– Ile im dałaś ?  – spytała wskazując na odchodzących oprychów.

– Tyle ile jest warte ich życie – powiedziała Marta.

– I tak obaj skończą na krzyżu.

– Pewnie tak.

– A na co to wszystko ? – Maria zajrzała do koszy stojących przy drzwiach.

– Będziemy mieli gości wieczorem. Musisz mi pomóc zrobić kolację.

– Łee. Nie będę patroszyła ryb.

– Ja to zrobię.

Maria wyjęła z koszy ser, parę fig i garnek z miodem. Położyła to wszystko na stole i usiadła na zydlu. Jasne było, że nie zamierza pomóc Marcie rozpakować koszy. Jasne było, że zapaprze cały stół, maczając figi w miodzie, że nakruszy serem, ponadgryza owoce, a potem będzie godzinami czesać włosy przy sadzawce w ogrodzie. Marta nalała mleka w kubek i postawiła go przed siostrą. Nie była na nią zła. Maria była jedną z tych istot, którym wybacza się najwięcej. Wystarczającą nagrodą było móc patrzeć, jak mała pije mleko i rośnie.

– To kto do nas przychodzi ? – spytała Maria.

– Nauczyciel. I ta zgraja co z nim chodzi.

– Jak to ?

– Był tu dziś nad ranem jeden z nich. Ten chudy, co trzyma kasę i załatwia im noclegi. Ten, no …Jonasz …Jozyjasz…?

– Judasz ?

– Judasz. Rozmawiał z Lazarusem.

– Ale fajnie ! – Maria zerwała się ze stołka – Lazarus zamówi grajków ?

– Nie wiem.

– Zamówi !

– Tylko musisz mi pomóc przy kolacji.

– Jasne !

Maria nie słuchała. Była już w drzwiach.

Pobiegła szukać Lazarusa, by wypytać go o szczegóły.

6.

   W niecałą godzinę później kosze były już puste. Chłopak od sąsiadów poleciał je oddać właścicielowi. Marta była w spiżarni. Było to małe pomieszczenie przy kuchni, o wyjątkowo grubych ścianach, niskie i pozbawione okien. Marta klęczała i w migotliwym świetle lampy upychała mięso we wkopanej w ziemię kamiennej stągwi. W progu stanął Lazarus. Miał w ręku swój obity miedzianą blachą kij i skórzaną torbę na ramieniu. Dokądś się wybierał i przed wyjściem zajrzał do Marty.

– Nie sądziłem, że powiesz Małej – wycedził przez zęby.

– Zamykaj drzwi bo muchy lecą – powiedziała Marta.

Lazarus wszedł do środka i zamknął za sobą ciężkie, drewniane drzwi. Teraz w słabym świetle lampy błyszczały tylko jego oczy, białe zęby i miedź na kiju, którym potrząsał.

– Czy cię kobieto poraziło ? – syczał – Co jest z tobą ?

– Co ?

– No przecież ona zaraz wypaple koleżankom. Do wieczora cała Palestyna będzie wiedziała, że Nauczyciel ma być u nas.

– Boisz się ?

– Nie o siebie, kobieto! Wiesz, że go ścigają. On się ukrywa, chodzi bocznymi drogami … to lepiej było od razu iść do Sanhedrynu i powiedzieć im niech se go przyjdą złapać !

– Sam się pcha w ich ręce.

– On wie co robi.

– Tak ?

– Marta !

– Ja go lubię i szanuję, tak samo jak ty. Albo bardziej, bo mam wrażenie, że ja jedna się o niego boję.

– Co ty ?

– A co wy robicie, żeby go chronić ?

– Jacy my ? – Lazarus uspokoił się i opuścił kij.

– Ty. I ludzie tacy jak ty. Ci co dają pieniądze na jego działalność.

– O czym ty mówisz, kobieto ?

– On jest tylko filozofem i marzycielem, co gania po pustyni za wiatrem. Do czego chcecie go wykorzystać ? Ma wywołać powstanie przeciw Rzymianom ?

– Ej ! Teraz mówisz o czymś, na czym się nie znasz !

– Lazarus – Marta zmieniła ton na błagalny – Jeżeli masz na Nauczyciela jakiś wpływ to przekonaj go, żeby poszedł w góry i tam przeczekał.

Lazarus podszedł do niej i przykucnął obok.

– On wie co robi – powiedział – Jest mądrzejszy niż my wszyscy razem. Ma jakiś swój cel i nikt go od tego nie odwiedzie. Nieraz już unikał zamachów. Jeżeli postanowił przyjść do Jerozolimy na święto, to jego rzecz. Ja mogę tylko przyjąć go u siebie, nakarmić, dać parę groszy jego ludziom, żeby lepiej o niego dbali. To wszystko co mogę.

– Kapłani mu nie popuszczą.

– Nie ruszą Go. Te tłumy co za Nim idą nie pozwolą na to …

Lazarus mówił dalej, ale Marta go nie słuchała. Zrezygnowana gapiła się na rzędy gąsiorów z winem, stojące pod ścianą. Nie mogła zrozumieć tego nieskomplikowanego świata mężczyzn, którzy dzięki swym nadprzyrodzonym zdolnościom, budowali potężne miasta, państwa i ideologie. Robili to bez trudu, jakby od niechcenia, w sposób naprawdę godny podziwu. Jednak zaraz potem, z jakichś niezrozumiałych powodów, rozpirzali wszystko w pył, równali z ziemią i topili we krwi. Po co ? Dlaczego ? Świat wyglądał by inaczej, gdyby wszystko co wybudują mężczyźni, było natychmiast oddawane pod opiekę kobiet. A oni niechby sobie szli na pustynię i uprawiali zapasy, organizowali walki niedźwiedzi z mastifami, albo budowali następne miasta, państwa, ideologie. Ale nie było prawa, które by tak stanowiło. Księgi w żadnym miejscu o tym nie mówiły. Księgi też pisali mężczyźni.

– … w każdym razie nie trzeba było o tym mówić Marii – powiedział Lazarus – To jeszcze dzieciak.

Marta naciągnęła kamienną pokrywę na stągiew z mięsem i wstała.

– Dobra – powiedziała – Maria uciekła by z domu i nie pomogła by mi przy kolacji. Teraz, kiedy wie, że to Nauczyciel ma być u nas, gotowa będzie nawet patroszyć ryby.

– Nie każ jej patroszyć ryb. Ostatnim razem narzygała do kadzi.

– W każdym razie pogadam z nią. Nic nikomu nie powie.

– No – powiedział Lazarus i wyszedł ze spiżarni. Wierzył Marcie i nie wnikał w szczegóły. Jak Marta powiedziała, że coś załatwi, to tak jakby już było załatwione. Lazarus mógł, rzecz jasna, zająć się tym sam, ale nie miał czasu. Kupił by małej parę bransolet, lub grzebień. Maria rzuciła by mu się na szyję i milczała by jak grób. Tak. To było proste. Tak to widział. Znał się na ludziach. Negocjował już trudniejsze kawałki. Ale skoro Marta wzięła to na siebie, on może się zająć ważniejszymi sprawami.

– Niechaj kobiety ganiają muchy, my polujemy na słonie – powiedział wychodząc przed dom.

Czekało tam na niego dwóch Greków, z objuczonym mułem. Grecy spojrzeli po sobie.

– A to z jakiej księgi ? – spytał jeden z nich.

– Tej księgi jeszcze nie napisano – powiedział Lazarus i ciął muła kijem przez zad.

Muł wyrwał do przodu, a oni podążyli za nim.

7.

   Poszli na zachód, w kierunku Jerozolimy. Jasne było, że Lazarus nie wróci przed wieczorem. Wszystko pozostawało więc na głowie Marty. Przygotowanie jedzenia i noclegu nie było prostą sprawą. Nauczyciel bywał już gościem w tym domu ; zwykle towarzyszyło mu kilkunastu ludzi. Należało zadbać o słomę, materace i koce. Trzeba było ustawić stoły w ogrodzie, przygotować pochodnie, lampy i drewno na ogniska. Za szopą, w głębi ogrodu, były doły, służące za ubikacje. Należało  nanieść tam kilka pryzm świeżego piachu i ustawić parę dodatkowych konewek z wodą do podmywania. Cały dziedziniec należało zlać wodą i dokładnie pozamiatać. W sumie było to parę godzin roboty dla jednej osoby. Przygotowań w kuchni było jeszcze więcej. Marta zaczęła szukać siostry. Wiedziała gdzie ją znaleźć o tej porze dnia. Poszła na tył domu i wyjrzała do ogrodu. Maria siedziała nad otoczoną kamiennym murkiem sadzawką. Czesała włosy i nuciła swoją ulubioną pieśń. Była przy słowach : „ Tyś najpiękniejszy z synów ludzkich, wdzięk rozlał się na twoich wargach… „ Marta podeszła do niej od tyłu, wyjęła siostrze grzebień z dłoni i czesała ją dalej. Teraz obie śpiewały ów psalm, bo w dniu, w którym miał je odwiedzić Nauczyciel, jakoś nic innego nie przychodziło im do głowy.

– Byłam dziś rano na targu, przy południowej bramie – powiedziała Marta.

– Tak ?

– Masa ludzi ściąga na święto do Jerozolimy.

– No.

– Rozbijają namioty gdzie się da. Od Betanii do Jerozolimy, wszystkie pola zamienili w obozowiska. Pobudowali ogrodzenia z gałęzi, tobołów, wozów, z czego się dało. Biją się o miejsca przy studniach. Porobili zagrody dla zwierząt, ulice, place, no mówię ci, jakby w stepie wyrosło miasto. Miasto namiotów. Z bramami i wszystkim co trzeba.

– Jak co roku – powiedziała Maria – pewnie znowu zostanie po nich kupa śmieci. Ostatnio było tego ze czterdzieści wozów. Tak mówił Lazarus.

– No. Ale najgorsze są te śmiecie, co zawsze przychodzą za pielgrzymami. Wiesz, kuglarze, złodzieje, upadłe kobiety…

– No.

– A. Widziałam też trędowatych.

– Tak ? – Maria wzdrygnęła się na samą myśl o tej strasznej chorobie.

– Zbliżyli się do miasta. Kilkadziesiąt osób, poowijani w szmaty, niektórzy na noszach. Ludzie rzucali im chleb, żeby sobie poszli.

– Głodni byli.

– Pewnie tak. Lecz oni niczego tak nie łakną jak cudu. Znaczy uzdrowienia. A wiesz co ludzie mówią o Nauczycielu. Gdyby ci trędowaci dowiedzieli się, że Nauczyciel ma być u nas, to słupy ognia nie powstrzymały by ich przed wtargnięciem do tego domu.

– Nie !

– Żebyś wiedziała. Przyszli by tu i zaczęliby odwijać te cuchnące szmaty, gubiąc przy tym różne części ciała …

Przez moment Marcie wydało się, że przesadziła, bo Maria zakryła nagle usta dłonią i wyglądało na to, że zwymiotuje. Nic się jednak nie  stało. Ten gwałtowny gest świadczył raczej , że dziewczyna zrozumiała jakiej wagi tajemnicę powierzono jej dziś rano, i jakie mogą być konsekwencje gdyby się wydała.

– E. Chyba nikomu nie mówiłaś ? – Zapytała Marta.

– Nie.

– I niech tak zostanie.

– Jasne.

Marta uznała, że nie musi niczego więcej dodawać.

8.

   W samo południe, kiedy siostry były zajęte płukaniem owoców, przyszło dwóch chłopaków. Byli w miarę czyści i wyglądali na porządnych ludzi. Sprawiali jednak wrażenie wygłodniałych i przestraszonych. Powiedzieli, że Judasz, jeden z ludzi Nauczyciela, ten co to był tu dziś rano, kazał im przyjść. Mieli pomóc przy ustawianiu sprzętów w ogrodzie i co tam jeszcze potrzeba. Marta na pierwszy rzut oka oceniła, że nie na wiele się zdadzą. Nie wyglądali na głupich, ale miało się wrażenie, że od  dziecka czytają tylko pisma i nie im zmagać się z materią. Stanęli  w drzwiach, przywarli do siebie i skulili i tak wąskie ramiona, jakby chcieli zajmować jeszcze mniej miejsca. Wytrzeszczali gały i w głębokim poczuciu winy wdychali zapachy gotującego się mięsa. Budzili w Marcie takie politowanie, że aż ich nakarmiła.

– Ejże – powiedziała podając im placki i mleko – a skąd ja mam wiedzieć, że was to ten … no … że was Judasz przysyła ?

Chudzielcy spojrzeli po sobie i widać było, że nie wiedzą co powiedzieć.

– Dobra, wierzę wam – powiedziała szybko, jakby się obawiała, że chłopaki zaraz się rozpłaczą i będzie z nimi kłopot – Gdybyście byli złodziejami, albo szpiegami, mieli byście przygotowaną jakąś odpowiedź, nie ?

– Oczywiście.

– No. To jedzcie. Potem powiem wam w czym mi możecie pomóc.

Błyskawicznie wymamrotali pod nosami coś na kształt modlitwy i rzucili się na placki. Pewnie przybywali z daleka i pewnie od dawna nie jedli. Maria obserwowała ich z przeciwległego końca kuchni i chichotała. Marta stała z rękoma założonymi na piersi i czarno to wszystko widziała. Miała teraz do pomocy dokazującą dziewuchę i dwie zabiedzone ofermy.

Nie mniej przyjemnie było patrzeć jak chłopaki jedzą.

9

   „Betania” znaczy po hebrajsku „dom ubogich”. Nazwa nie była przypadkowa, bo wieś składała się głównie z glinianych, jednoizbowych nor, często bez okien. Jednak dom Lazarusa był większy od innych. Posiadał spory ogród na tyłach, rzadkość w tej okolicy. Na płaskim dachu głównego budynku urządzono wieczernik, coś w rodzaju tarasu, z lekkim zadaszeniem i balustradami. W wieczerniku jadano posiłki, spano w upalne noce, przyjmowano gości. Dla tych co zostawali na noc właśnie w wieczerniku rozkładano maty do spania, ze względu na zewnętrzne schody, gwarantujące gościom swobodę i nieskrępowanie. Na każdej z ośmiu belek, podtrzymujących zadaszenie, przybito metalową podpórkę do stawiania lamp. Lazarus nie pozwalał palić wszystkich lamp jednocześnie, chyba, że przyjmowano takich gości jak Nauczyciel. Lampy rozsiewały słodkawy zapach zjełczałej oliwy, który obok woni palonego w piecach torfu, był najbardziej charakterystycznym zapachem w każdym ówczesnym domu.

Ogród, otoczony budynkami i kamiennym murem, zdołał pomieścić sadzawkę, szopy dla zwierząt, dziedziniec wykładany kostką z palonej gliny i sporo drzew.  Marta nie chciała mieć kwiatów w ogrodzie. Żyły zbyt krótko, co ją przygnębiało. Pod ogrodzeniem, od południowej strony wsadzono cztery duże figowce, które w ciągu ostatnich lat mocno się rozrosły, dając teraz zbawienny, przyjemny cień. Od wschodu teren spadał lekko w dół. Rosnące na skraju ogrodu krzewy jaśminu nie zasłaniały Marcie widoku na wschody słońca. Gdyby tak było, kazała by je przyciąć. Mogła by to zrobić. Lazarus bezwzględnie wymagał porządku, lecz nie interesował się szczegółami.

Marta postanowiła, że stoły ustawi w ogrodzie. Tam rozpali się ogniska i przy ich blasku przyjmie się gości. Podłoga wieczernika, a zarazem dach domu, była zrobiona z belek i ubitej ziemi, przemieszanej ze słomą. Mogła okazać się zbyt wątła, by utrzymać ciężar tylu osób. Poza tym lepiej było, żeby sąsiedzi nie widzieli Nauczyciela i jego ludzi, a wieczernik był doskonale widoczny z ulicy i z dachów sąsiednich domów. Urządzenie przyjęcia na dziedzińcu miało jeszcze jedną, praktyczną stronę. Marta nie musiała biegać bez przerwy po schodach, w górę i w dół. Wiedziała, że nikt jej nie pomoże przy obsługiwaniu stołów. Mogła zatrudnić do pomocy dziewuchy z sąsiedztwa, jak to czasem czyniła, ale to by oznaczało parę dodatkowych ust, gotowych zdradzić tajemnicę. Wolała jednak zająć się wszystkim sama, dla bezpieczeństwa swojego i rodziny. I dla bezpieczeństwa Nauczyciela, na którego życie, z jakiegoś powodu, od dawna czyhano.

10.

   Chłopcy od Judasza skończyli jeść i gotowali się do roboty. Czynili pozory nadludzkiej krzepy w chuderlawych ciałach. Zacierali dłonie, strzelali stawami, rozluźniali mięśnie karków. Można by pomyśleć, że zaraz, tak dla rozgrzewki, przeniosą kilka gór, albo co. Na początek dostali po szczocie z szorstkiego włosia. Mieli obmieść ściany, a potem pobielić je wapnem. Marta powiedziała im co i jak, i wróciła do kuchni. Zajęła się zaprawianiem mąki. Marii już tam nie było, zamknęła się w swojej izbie i przebierała w pachnidłach. Postanowiła, że zrobi się na bóstwo, choć do wieczora było jeszcze daleko. Marta, mając ręce po łokcie upaprane ciastem, wierzchem dłoni ocierała pot z czoła, brudząc przy tym włosy. Przez okno zobaczyła, że jeden z chłopaków chlapnął sobie wapnem w oko i skacze w kółko na jednej nodze. Jego ktowarzysz stał i gapił się na niego, a bielidło ze szczotki, którą trzymał w ręku, kapało na kostki dziedzińca. Obaj próbowali sobie przypomnieć czy jest jakieś zaklęcie na okoliczność wapna w oku. Marta wybiegła z kuchni, zaciągnęła chłopaka do sadzawki i wsadziła mu łeb pod wodę. Przytrzymała go tak, może trochę dłużej niżby należało, a potem wzięła go do kuchni i przyłożyła mu do czerwonego ślipia gałgan umoczony w mięcie. Umocowała okład bandażem i powiedziała chłopakom, żeby dali sobie spokój z bieleniem. Kazała im pozamiatać dziedziniec, tak, żeby goście nie znaleźli tam jednej słomki, lub nie daj Boże, kurzego łajna. Wtedy zawołała ją Maria. Dziewczyna darła się, jakby nagle stanęła w płomieniach, albo coś w tym rodzaju. Okazało się, że zginęły jej korale, bez których jej życie straciło sens. Marta odnalazła zgubę, uspokoiła siostrę i natychmiast wróciła do kuchni. Tak jak przypuszczała ciasto w dzieży, którą zapomniała nakryć, zdążyło się już zeschnąć. Do tego poczuła silne parcie pęcherza. Akurat teraz. Krzyknęła do siostry, żeby przyszła ratować ciasto, ale zaraz machnęła ręką, wiedząc, że mała mierzy biżuterię i na tan czas traci słuch. Chciała pójść za szopę, ale na dziedzińcu stanęła jak wryta. Chłopaki wywijali miotłami w obłokach kurzu. Dusili się obaj, charczeli, zakrywając usta rękawami koszul. Gęsty, rdzawy pył unosił się w powietrzu i osiadał wszędzie dookoła. O mało nie popuściła, w przemożnym poczuciu bezsilności. Była wściekła. Zabrała im miotły. Powiedziała, że mają poczekać, aż wszystko opadnie, a potem zlać dziedziniec wodą i dopiero wtedy pozamiatać. Póki co, kazała im zdjąć wrota  szopy i drzwi lepianki na narzędzia. Te drzwi i wrota, ułożone na specjalnych kozłach, miały służyć za stoły. Udała się za szopę. Przykucnęła nad jednym z dołów. Wciąż była wściekła i nieopatrznie posikała poły długiej koszuli, którą miała na sobie. Omal się nie rozpłakała. Poszła do sadzawki by zaprać materiał, wyżęła go, potem natarła dłonie piaskiem i porządnie spłukała. Tymczasem jeden z chłopaków, ten z przepaską na oku, skaleczył się, próbując wydłubać gwoździe, którymi przybito pasy  grubej skóry, służące za zawiasy. Zamiast po prostu przeciąć zawiasy próbowali wydłubywać gwoździe, kalecząc przy tym belki i własne dłonie. Skąd ten Judasz ich wytrzasnął ? Jeżeli Nauczyciel ma takich ludzi, to jego życie faktycznie musi wisieć na włosku. Marcie nagle przeszła złość. Zrobiło jej się żal chłopaków. Zrobiło jej się żal Nauczyciela i  wszystkich innych biedaków, którzy robią sobie krzywdę, sądząc, że są w stanie sami zadbać o swoje codzienne sprawy.

Westchnęła i ruszyła do kuchni. Należało zrobić chłopakowi jeszcze jeden opatrunek, tym razem na skaleczoną dłoń. Należało namówić jakoś Marię do roboty. Należało uratować ciasto. Marta była pewna, że kiedy tylko zanurzy dłonie w mące, znowu zachce jej się siku, tak jakby nawet jej własny pęcherz był w spisku przeciwko niej. Z nikąd pomocy. I tak miało być do wieczora.

11.

   A wieczór nadszedł szybciej, niżby sobie tego życzyła. Usłyszała nagle jak skrzypnęła furta na tyłach ogrodu i jak Lazarus klnie, próbując wprowadzić muła do szopy. Jakimś cudem Maria znalazła się nagle w kuchni i wzięła się ostro za robotę. Jeden z chłopaków od Judasza pomógł zagonić zwierzę i zastawić wejście drągiem, mającym zastąpić pozdejmowane wrota. Potem przez jakiś czas wyjaśniał Lazarusowi skąd się wziął i co tutaj robi. Drugi chłopak siedział z siostrami w kuchni. Do niczego się już nie nadawał, więc Marta kazała mu po prostu siedzieć i nie plątać się pod nogami. Lazarus wszedł do domu i rzucił na stół swoją torbę. Był w dobrym humorze. Spojrzał na markotnego chłopaka z bandażami na głowie i na ręku.

– Co to ? – zapytał – Judasz przysłał ci kalekę do pomocy ?

– Nie. To mu się tutaj stało. – powiedziała Marta.

– Nie przykładał się ? Lecz czemuś go od razu nie zabiła siostro ?

Lazarus wybuchnął śmiechem, podszedł do Marii i objął ją.

– A moja perełka co robi ? – zapytał.

– Ja ? – Maria spojrzała w dół, żeby sprawdzić w czym tak zawzięcie miesza drewnianą łychą – Podlewam jarzyny winem – powiedziała – Spróbuj.

Lazarus ułamał kawałek chleba, wygarnął nim trochę jarzyn z misy i włożył go sobie do ust.

– Mmm. Mmm. Dobre. – Wytarł usta rękawem i pocałował Marię w czoło.

– Marta, pytał kto o mnie ? – zawołał.

Marta go nie słyszała. Lała gorącą wodę do balii, w której Lazarus zwykł się myć po powrocie z długiej drogi.

– Ej, Marta ! Był kto do mnie ? ! – powtórzył.

– Nie.

– No i dobrze – powiedział zabierając swoją torbę ze stołu – A, przygotuj mi wodę, będę się mył – dorzucił i zniknął w swojej izbie.

12.

   Zmierzchało się, lecz goście nie nadchodzili. W domu zapanowała konsternacja. Lazarus stał u drzwi, nieruchomy jak posąg i patrzył w głąb ulicy. W każdej chwili spodziewał się ujrzeć tam grupkę ludzi, zmierzających w jego kierunku. Maria stała na dachu, przy balustradzie wieczernika, również obserwowała ulicę. Obie dłonie przytknęła do czoła, chroniąc oczy przed blaskiem zachodzącego słońca. Co jakiś czas poprawiała włosy i gładziła fałdy chusty, spływającej jej z ramion na piersi. Bransolety na jej rękach podzwaniały i chrzęściły przy każdym ruchu. Po kwadransie słońce skryło się zupełnie, zostawiając na niebie czerwono – złotą łunę, nikły ślad swej niedawnej mocy. W tej samej chwili podobna, lecz rzecz jasna mniejsza łuna, pojawiła się nad domem Lazarusa. Marta zapalała światła w ogrodzie. Zapłonęły ogniska, pochodnie i dziesiątki lamp. Nie żałowano oliwy tego wieczoru. Dziedziniec zalał blask ognia, tak silny, że w każdym jego rogu można by bez trudu czytać księgi. Im niebo stawało się ciemniejsze, tym łuna nad ogrodem jaśniała. Maria, stojąca na dachu nieoświetlonego budynku jawiła się teraz niczym cień kapłanki – dziewicy, stojącej na skraju wulkanu. Migotliwy blask za jej plecami zacierał rysy, lecz wysmuklał sylwetkę.

Nieopodal, na rogu ulicy, przy niewielkim ognisku siedziało dwóch mężczyzn. Głowy unieśli do góry i patrzyli na Marię, jak na zjawisko. Lazarus rozejrzał się i podszedł do nich powoli.

– Na co się gapicie ? – zapytał.

Nie odpowiedzieli, ale on już dostrzegł dziewczynę. Aż mu się ciepło zrobiło z dumy, że ma tak piękną siostrę. Nie ma co, mała dorasta.

– Dosyć – powiedział.

Obaj usłuchali. Patrzyli teraz na niego. Wyglądali na cudzoziemców. Jeden z nich miał jasne włosy. Mieli na sobie szmaty i byli bosi, lecz było w nich coś wojskowego. Miało się wrażenie, że grube kije, którymi grzebali w ognisku, w ich rękach mogą być groźniejsze od mieczy.

– Kto jest z drugiej strony domu ? – spytał Lazarus.

– Mój brat – odrzekł jasnowłosy.

– Sam ? Nie zaśnie ?

– On nigdy nie śpi.

Lazarus nie mówił nic więcej. Powoli wrócił pod dom wypatrywać gości.

13.

   Marta zapalała ostatnie lampy. Jedną z nich umieściła na metalowej czaszy i puściła jak łódkę po wodzie sadzawki. Klęczała na kamiennym murku, obiema dłońmi wsparta o jego skraj. Poruszała palcami wywołując delikatną falę, która miała wypchnąć czaszę jeszcze dalej, na sam środek tafli. Wiodła wzrokiem za lampą, unosiła głowę coraz wyżej, aż nagle zobaczyła stopy w sandałach, wsparte o kamienie po drugiej stronie zbiornika. Omal nie krzyknęła. Zerwała się i stała zakrywając usta dłońmi. Przed nią, w blasku lampy kołyszącej się na wodzie, siedział Nauczyciel. Siedział na kamieniu, w ręku trzymał witkę, którą smagał wodę, patrzył na Martę, uśmiechał się. Nie pojawił się nagle, musiał tu siedzieć od jakiegoś czasu, inaczej usłyszała by jak się zbliża. W piersi Marty coś pękło. Z tego czegoś wylało się nagłe, porażające ciepło i pociekło w dół, do brzucha. Nogi pod nią wymiękły i miała wrażenie, że zaraz runie, jak sarna trafiona strzałą w samo serce. Tak też się czuła. Zawsze tak było. Spotkała Nauczyciela kilkanaście razy, ale nigdy dotąd nie zdołała zamienić z nim nawet paru słów. Za każdym razem coś pozbawiało ją władzy w nogach i odbierało mowę. Aż drżała, żeby go dotknąć, i zarazem czuła, że dotknąwszy go postradała by zmysły. I nie mogła sobie wyobrazić co by się dalej stało. Biedna Marta, nie wiedziała co to za siła nią włada w takich chwilach, ale sądziła, że stając przed Nauczycielem, każdy czuje to samo co ona. Zazdrościła innym tego, że potrafią nad tym zapanować. Ona nie potrafiła. Myślała, że  coś jest z nią nie tak. Że może nie jest godna … Było jej wstyd.

Nadludzkim wysiłkiem woli zebrała się do odwrotu. Uciekła. Co miała powiedzieć ? I tak nie mogła mówić. Nauczyciel też się nie odezwał. Uśmiechał się tylko. Więc uciekła. Zamknęła się w izbie, dyszała oparta plecami o drzwi. Otwartą dłonią stukała się w czoło, jakby chciała w ten sposób pobudzić zamarły mózg do myślenia. Uświadomiła sobie, że przecież nie zdążyła się umyć i przebrać. Do ostatniej chwili była zajęta w kuchni. Nauczyciel widział ją zatem rozchełstaną, z mąką na włosach, pewnie cuchnącą topionym tłuszczem … Natychmiast zrzuciła z siebie ubranie. Gwałtownie chwyciła gąbkę, zamoczyła ją w wodzie i zaczęła się myć. Potem wzięła odrobinę olejku, kroplę zaledwie i wtarła go we włosy i skórę na szyi. Przez moment miała ochotę wetrzeć go również w piersi, choć sama nie wiedziała po co. Nie zdążyła się nad tym zastanowić, bo za drzwiami już zaczęła się bieganina i pewnie jej szukano.

Toaleta i przebranie się zajęły Marcie trzy minuty. Tyle czasu jej nie było. Kiedy wyszła ze swojej izby w domu panował zamęt. Lazarus zorientował się, że goście nadeszli od drugiej strony. Stał teraz u wyjścia do ogrodu i w drzwiach całował każdego z wchodzących. Pocałunek  pokoju – powinność gospodarza. Przedsionek wypełniła agresywna woń męskich ciał. Robiło się ciasno, ale tak musiało być. Wszyscy, choćby i było ich tysiąc, musieli wejść na moment do środka. Inaczej Lazarus nie mógł by powiedzieć, że przyjął ich pod swym dachem. Ten „ dach „ traktowano dosłownie. Ci, którzy weszli zakręcili się w kółko, powiedzieli coś o szczęściu tego domu, czy o pokoju, czy cokolwiek i z ulgą wracali do ogrodu. Na ich miejsce przychodzili inni. Dalsza część ceremonii powitalnych odbywała się już na dziedzińcu. Marta była zadowolona, że nie musi w tym uczestniczyć. Wolała  zostać w kuchni. Marii rzecz jasna tam nie było. Fruwała po ogrodzie. Dwaj chudzielcy od Judasza legli na matach w rogu pomieszczenia i spali. To był dla nich długi dzień. Przykryła ich kocem. Nawet nie drgnęli. Po okruchach na ich mizernych, kozich bródkach poznała, że skubnęli co nieco ze stołów. Nie miała im tego za złe. Założyła na włosy białą chustkę, przewiązała ją z tyłu głowy i wzięła się za robotę. W drzwiach stanął Judasz.

– Nieźleś się uwinęła – powiedział.

– Tak ?

– Wszystko jest jak trzeba.

– Znaczy co ?

– No, te stoły, światła w ogrodzie … wiesz. Eee…

Chciał coś jeszcze dodać, ale zamilkł. Postał chwilę w progu, jakby się zastanawiał co ze sobą zrobić, wreszcie uznał, że przeszkadza, i poszedł sobie. Marta spojrzała na drzwi, w których zniknął. Otworzyła usta, jakby chciała go zatrzymać. Jednak nie odezwała się. Wzruszyła tylko ramionami i wróciła do roboty. Do kuchni wpadła Maria.

– Wino ! Wino ! – zawołała i zniknęła w spiżarni.

Po chwili wyszła targając gąsior z winem. Sapała z wysiłku i próbowała biec, obijając o gąsior kolanami. Można by pomyśleć, że ktoś tam w ogrodzie kona, że potrzebuje wina bardziej niż tlenu i że to ostatnie chwile, aby go uratować. Mała biegła z winem, jak z wodą do pożaru. A nie powinna tak dźwigać. Jej kręgosłup był cienki jak witka. Marta była zdolna nosić po cztery takie gąsiory – dwa w każdym ręku. Ale wiedziała, że siostra za nic nie pozwoli sobie odebrać tego ciężaru. Narobiła by wrzasku. Mogła by nawet podrapać. Pewnie sam Nauczyciel poprosił o wino, skoro tak się starała.

Tymczasem goście  na dziedzińcu myli ręce, zwłaszcza te prawe, którymi jedli. Lazarus jako gospodarz wyznaczał miejsca przy stołach. Szurano ławami i zydlami, młodzież bez szemrania  ustępowała starszym. Lazarus w paru słowach pobłogosławił posiłek, sięgnął po chleb, rozerwał go i podał większy kawałek Nauczycielowi. Przystąpiono do wieczerzy.

14.

   Marta nie wytykała nosa z kuchni przez ponad godzinę. Smażyła ciastka z miodem winogronowym. Nikt jej nie wołał. Nikt niczego nie potrzebował. Jedzenia na stołach było dość. Wino do głównego posiłku mocno rozcieńczano wodą, więc póki co wystarczył jeden gąsior. Czas na mocne wino i ciastka miał dopiero nadejść. Jeden ze śpiących na podłodze chłopaków uniósł nagle głowę i zaczął gadać. Marta położyła mu dłoń na czole. Chłopak opadł na posłanie i momentalnie się uspokoił, jakby tym dotykiem zdjęto z niego wszystkie grzechy. W tej samej sekundzie zaczął chrapać. Marta podniosła się i podeszła do okna. Delikatnie ujęła skraj płachty, którą powiesiła  dla ochrony przed chmarami owadów garnących się do środka. Zrobiła wąziuteńką szparkę i wyjrzała do ogrodu. Przy stołach panowało już lekkie rozprzężenie. Najedzona młodzież siedziała na ziemi przy ogniskach. Starsi zalegali na ławach, pół leżeli lub wspierali się o siebie nawzajem plecami. Ten i ów dogryzał jakąś kość lub kawałkiem chleba polerował puste już talerze. Śmiano się. Jeden z mężczyzn wstał, zmierzwił włosy i rozcapirzył paluchy, udając potwora. Opowiadał o swej zamorskiej podróży. Dorzucił parę zdań i wygłosił puentę. Pękano ze śmiechu. Nauczyciel też się śmiał, choć był uprzejmie powściągliwy. W jakiś dziwny sposób jaśniał wśród tego tłumu. Ktoś nie wtajemniczony, zobaczywszy tę grupę ludzi niechybnie by zapytał : kto to jest, ten tam, o ten co teraz sięga do misy z owocami ? Tak by zapytał. Bo Nauczyciel, choć nie wyróżniał się niczym szczególnym, był jakoś tak … w dziwny sposób inny. Miało się wrażenie, że on wie coś, czego inni nie wiedzą. Miało się wrażenie, że gdyby nagle niebo pękło i zaczęło się walić z  hukiem, on jeden zachował by spokój i wiedział by co należy robić. Gdyby ktokolwiek powiedział : Liście drzewa figowego mają kolor niebieski – wzięto by go za idiotę i wyśmiano. Lecz gdy On mówił takie rzeczy, ludzie myśleli : Cholera, coś w tym musi być ; może my niewłaściwie nazywamy kolory ? Przy takich jak On obłudnicy czują się zdemaskowani, a kobiety nagie. Takiemu komuś  wygłodniały pies pozwoli odebrać sobie kość, a ptaki jakoś przed nim nie umykają, choć zwykle płoszy je byle co. Przy takich jak On inni mezczyzni tracą nagle wszystko, co postrzegano w nich jako interesujące. Pozostają puści i nieprzydatni, jak skorupy po melonach, wyjedzonych przez kozy. Lazarus siedział najbliżej Nauczyciela. Krzesał z siebie cały swój blask, a i tak wyglądał, jakby go wcale nie było. Marcie wydało się, że w ogóle nikogo tam nie ma. Teraz widziała w ogrodzie tylko jednego człowieka. Ten człowiek spojrzał na kotarę, za którą stała i uśmiechnął się. Szparka przy jej oku była tak cienka jak skrzydło komara, lecz On ją dostrzegł, niemal z drugiego końca ogrodu. Wejrzał w jej rozszerzoną źrenicę i czytał w niej jak w księdze. Marcie tak się przynajmniej wydawało. Uciekła w głąb kuchni. Sięgnęła po naczynie i wypiła duszkiem kwartę zimnej wody.

15.

   W jakiś czas potem strop nad głową Marty skrzypnął i z pomiędzy belek sypnęła nikła smużka białego pyłu. Ktoś był w wieczerniku. Słyszała kroki dwóch osób. Przemieszczali się ku środkowi tarasu, zatrzymali się, jęknęły zydle przy stole. Znaczy usiedli. Nie słyszała o czym mówią, choć rozpoznała ożywiony głos Judasza. Ten kto z nim był musiał go uciszyć, bo od pewnego momentu przestała słyszeć cokolwiek. Do kuchni wszedł Lazarus. Spojrzał na sufit, w który wpatrywała się Marta, potem podszedł do stołu i rzucił nań płaszcz i parę sandałów.

– To są rzeczy Nauczyciela – powiedział – trzeba by je jakoś … tego, odświeżyć, wiesz, rzemień zerwany … o … – podniósł sandał do góry i zamajtał przetartym rzemieniem.

Sufit znowu skrzypnął. Oboje spojrzeli w górę.

– Przynieś też coś do wieczernika – powiedział Lazarus – trochę ciastek i trochę wina, i naczynia, dla trzech osób. Mamy tam do pogadania.

Marta sądziła, że jej brat wydawszy polecenia opuści kuchnię i pójdzie na górę. On jednak poszedł do swojej izby. Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze.

– Acha, weź zaraz parę mat i powieś je na balustradach wieczernika od strony ulicy. Nie trzeba żeby się na nas gapił każdy kto tamtędy przechodzi.

– A gdzie jest Maria ?

– Po co ci Maria ?

– No … chcę żeby mi pomogła.

– Nie wiem gdzie jest Maria ! Co mnie obchodzi Maria ! Ty powinnaś wiedzieć gdzie jest Maria !

Lazarus się wściekł. Ni  stąd ni zowąd. Nagle. Dziwna rzecz. Trzasnął drzwiami swojej izby z taką siłą, że tynk posypał się na podłogę. Marta stała skamieniała z rękoma przy piersi i otwartymi ustami. Po chwili drzwi otworzyły się znienacka i jej brat doskoczył do chłopaków leżących na podłodze.

– A jak potrzebujesz pomocy – zawołał – to budź tych gamoni !

Kopnął jednego z nich w plecy, aż zadudniło. Chłopak jęknął. Usiadł na posłaniu i przez chwilę zmagał się z bandażem, który zsunąwszy się zasłaniał mu teraz oboje oczu. Lazarusa już przy nim nie było. Znowu trzasnął drzwiami. Chłopak rozglądał się nieprzytomnie po izbie. Nie wiedział co się stało. Jego towarzysz poruszył się pod kocem, więc uznał widocznie, że to on go zdzielił przez grzbiet. Chciał  huknąć kolegę pięścią, ale przypomniał sobie o skaleczonej dłoni, więc walnął go łokciem między łopatki. Teraz obaj siedzieli i patrzyli na siebie zdumieni. Potem legli, przez chwilę powalczyli o koc i zasnęli.

Marta nadal stała nieruchomo, była przestraszona i chciało jej się płakać. Nienawidziła tych wybuchów Lazarusa. Jej brat był spokojny i opanowany jak mało kto. Kiedy rozmawiał z ludźmi, nawet kiedy się z nimi o coś dochodził, jego głos brzmiał, jakby dźwięczała chłodna stal. Takim go znano i nikt by nie uwierzył, że czasem bywa inaczej. Bo czasem, wyłącznie w obecności Marty, nigdy przy innych świadkach, w Lazarusa wstępował diabeł. Znienacka, w chwilach w których się tego nie spodziewała i z niezrozumiałych dla niej powodów, Lazarus na krótką chwilę przestawał nad sobą panować. Nagle ciskał czymś o ścianę, walił pięścią w drzwi, rozszarpywał na sobie ubranie. Jednego razu chwycił miecz i porąbał nim ławę, o którą się potknął. Kiedy indziej kawałkiem deski wbił w ziemię koguta, który nie dawał mu spać. Biedny ptak, nawet nie wiedział co mu na łeb spadło. W takich chwilach Marta bała się jak nigdy. Trzęsła się jak zbity pies. Brat nigdy nie podniósł na nią ręki, choć czasem wolała, żeby wściekł się na nią, powybijał jej zęby, lub połamał kości. Wtedy wiedziała by przynajmniej co jest grane. Podejrzewała rzecz jasna, że te wybuchy Lazarusa to chwile, w których przerasta go napięcie. Domyślała się, że mężczyzna płaci w ten sposób za długotrwałe poskramianie tego czegoś co w nim siedzi. Nie pojmowała tylko do czego, oprócz porozbijanych sprzętów i pokaleczonych ścian, mężczyzna potrzebuje jeszcze kobiecych łez. Tak jakby bez tej przyprawy, owo lecznicze dzieło zniszczenia, traciło wszelki sens i smak.

Lazarus zaryglował drzwi od środka. Słychać było jak zapiera je sztabą. Czynił tak zawsze, gdy szedł do swojego tajnego schowka, by wydobyć z niego pieniądze, lub jakieś papiery. Marta podeszła do drzwi ogrodu i wyjrzała na zewnątrz. Nieopodal stała Maria z jednym z ludzi Nauczyciela. Oboje się śmiali. Dziewczyna parła na niego wołając : pokaż, pokaż ! Mężczyzna odsuwał ją ramieniem. Drugie ramię wyciągnął do przodu, na wysokości wzroku. Spod jego dłoni wypadł krążek zrobiony z kości. Krążek poleciał w dół, lecz po chwili zatrzymany jakąś magiczną siłą zatrzymał się i powoli zaczął wracać do góry. Potem znów spadł. Mężczyzna nieznacznie szarpnął dłonią i krążek znów poleciał do góry, nawijając się na nitkę cienką jak włos. Była to jedna z tych rzymskich zabawek, którymi od jakiegoś czasu zabawiał się lud. Marta jęknęła. Wiedziała, że nijak nie zmusi teraz siostry do roboty w kuchni. Nawet nie próbowała jej wzywać. Wyciągnęła tacę z bielonego metalu i zaczęła na niej układać ciastka. Nalała wina w dzbanek, postawiła obok trzy kubki, poprawiła włosy i poszła  z tacą na górę.

16.

   Judasz siedział przy stole z Nauczycielem. Oświetlała ich tylko jedna lampa. Inne jeszcze kopciły, widać przed chwilą je pogaszono. Judasz spuścił głowę i posępnie wpatrywał się w płomień lampy. Twarzy Nauczyciela Marta nie widziała. Postawiła tacę na stole i poszła wieszać maty na balustradzie wieczernika. W powietrzu czuła ciężar rozmowy, przerwanej nagle jej wejściem. Niewiele ją obchodziło o czym rozmawiano. Pragnęła tylko zrobić swoje i jak najszybciej odejść. Ulicą przeszedł jakiś człowiek z osłem. Marta z góry widziała, że dwaj mężczyźni siedzący przy ognisku na rogu ulicy, bacznie go obserwują. Kiedy zniknął jeden z nich przyssał się do flaszki z winem. Drugi zajął się rzucaniem słomek do ognia. Czekał na swoją kolej.

– Kobieta jest jak drewniana łyżka – powiedział Nauczyciel.

Marta spojrzała na niego, lecz jego twarz wciąż pozostawała poza kręgiem światła. Mówił do Judasza, ale Judasz nie podniósł wzroku. O coś się pewnie dąsał i nie zamierzał podjąć tematu.

– Drewniana łyżka mieści w sobie niewiele wody – ciągnął Nauczyciel – lecz gdyby dać jej odpowiednią ilość czasu, mogła by przebrać morze.

Pewnie była to pochwała jej starań. Nauczyciel ugryzł ciastko i musiało mu smakować. Jednak nie mówił do niej. Zwracał się do Judasza, a ten pozostawał niewzruszony. Marta rzuciła ostatnią matę na belkę balustrady i poszła w kierunku schodów. Na dole zobaczyła brata. Lazarus, gdy ją ujrzał, cofnął się o kilka stopni i stanął z boku, pozwalając jej przejść.

– Przygotuj słodycze i wino dla tych w ogrodzie – powiedział – gdyby kto pytał, zaraz zejdziemy.

Znowu był spokojny. Zły duch, który w nim na moment zagościł, narobił tylko chwilowego zamieszania, jak jaskółka, która wpadła do kielicha spiżowego dzwonu i natychmiast odleciała, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

17.

   Sandały Nauczyciela mogły by wiele powiedzieć o drogach, którymi chadzał. Był na nich kurz, zaschnięte błoto i krew. Nieraz zamokły i nieraz spękały w ostrym słońcu. Grube płaty skóry, z których zrobiono podeszwy, starły się niemal zupełnie, zwłaszcza na piętach, po wewnętrznej stronie. Od góry, wyślizgane przez Jego stopy, szkliły się jak kromki chleba, posmarowane miodem. Ostre kamyki powbijane w spody chrzęściły o kamienne płyty świątyń, które odwiedzał. Rzemienie były w opłakanym stanie, pękały i rozsypywały się w palcach. Nikt nigdy nie nacierał ich oliwą. Zesztywniały i kaleczyły kostki Nauczyciela, były ostre jak stal. Jednak płaszcz był prawie nowy. Służył Mu od niedawna. Zdążył się niemiłosiernie wyflagać, ale był cały i nie wymagał napraw. Musiała go tylko wyprać i rozwiesić przy piecu, w którym piekła chleb, aby jak najszybciej wysechł. Marta migiem obsłużyła stoły w ogrodzie. Potem zaszyła się w głębi kuchni i zajęła się garderobą Nauczyciela.

Wciągnęła nowe rzemienie w sandały i natarła je oliwą. Nie wydłubywała kamieni z podeszw, sądząc słusznie, że dopóki tam są, podeszwy nie zetrą się do reszty. Odstawiła sandały. Mimo naprawy wyglądały żałośnie. Nie można było z nimi nic więcej zrobić. Uznała, że nie może wypuścić człowieka w czymś takim. Ktoś kto chodził tyle co On, zasługiwał na lepsze obuwie. Niewiele myśląc Marta złożyła sandały Nauczyciela spodami do siebie i oplotła je rzemieniami. Tak spakowane schowała za piecem. Poszła do sąsiedniej izby i przyniosła parę zupełnie nowych, wojskowych sandałów, takich jakie nosili Rzymianie. Lazarus miał ich kilka par. Pewnie nawet by nie zauważył, że jedne zniknęły, a gdyby zauważył i tak nie miał by jej tego za złe. Jedynym problemem mógł być sam Nauczyciel. Marta wiedziała, że mężczyźni, z jakiegoś powodu przywiązują się do różnych przedmiotów i nie zamienią ich na nowe, nawet gdyby te nowe były zrobione ze złota. Tak się rzecz miała na przykład z kijem podróżnym Lazarusa. Miał go od lat i nie wymienił by go nawet na laskę Mojżesza. Mężczyznom łatwiej przychodziła zmiana kobiety, ojczyzny czy nawet wiary ; pozbawieni swoich ulubionych kijów, noży, lub połatanych części garderoby popadali w smutek i przygnębienie. Gdyby więc Nauczyciel nie chciał przyjąć nowych sandałów, musiała by Mu zwrócić stare – dlatego nie wyrzuciła ich od razu. Póki co nie zamierzała mówić o zamianie. Mężczyzna postawiony przed faktem dokonanym może jej nawet nie zauważyć. Być może obleci kawał świata, pokona góry i pustynie, a fakt, że jego kostki nie broczą krwią uzna za łaskawość Pana, który prowadza go przyjaznymi drogami.

 Pewnie zresztą owa łaskawość w tym się właśnie przejawia, że Święty Jedyny ( niech będzie błogosławiony ! ) dał mężczyźnie kobietę, która używa wybiegów, aby zechciał nosić i jadać to co mu najlepiej służy.

 Płaszcz należało tylko wyprać. Marta usiadła, położyła go sobie na kolanach i przez jakiś czas gładziła jego fałdy. Potem zerknęła na chłopaków w przeciwległym rogu kuchni. Stwierdziwszy, że obaj śpią  powoli przysunęła materiał do twarzy. Zamknęła oczy i wdychała jego zapach. A węch miała doskonały, jak wszyscy ludzie w owych czasach.( Kupcy potrafili przy korzystnym wietrze od pustyni wyczuć zapach karawany, na długo zanim się pojawiła. Matki natychmiast rozpoznawały, że dzieci są chore, ledwie przytknąwszy twarze do ich włosów. Wdychając zapach rozkopanej ziemi studniarze mówili na jakiej głębokości znajduje się woda.) Płaszcz Nauczyciela zdawał się opowiadać o jego ostatnich podróżach. Marta czuła dym ognisk, w których palono zeschnięte wodorosty, czuła zapach soli i ryb, które jeszcze szamoczą się w sieci. Pod zamkniętymi powiekami widziała las, rozpoznawała woń żywicy i żyzną wilgoć poszycia. Na końcu rozpoznała najświeższy, typowy dla stepu, zapach traw, zwierząt, mleka i pasterskich ognisk. Gdyby miała przed sobą mapy, na których zaznaczono wioski rybackie, lasy i osady hodowców owiec, pewnie potrafiła by powiedzieć skąd Nauczyciel przychodzi. Jednak to wszystko było podszyte jednym zasadniczym, najsilniejszym zapachem, który teraz ze smutkiem chłonęła – zapachem samego Nauczyciela. Nie wyczuwało się w nim typowej dla mężczyzn woni agresji i gotowości do walki. Czuła natomiast lęk i niepewność. To nie był trop myśliwego, lecz raczej ofiary – ledwo uchwytny zapach potu ściganego zwierzęcia, które stara się nie wydzielać żadnego zapachu, aby tym trudniej było je zwietrzyć. A przy tym wszystkim, oprócz Nauczyciela, żadna inna ludzka istota nie zostawiła swoich śladów na tym skrawku materiału ; można by pomyśleć, że był jedynym człowiekiem na ziemi. Marta nie rozpoznała słodkawego zapachu dzieci, trącącego mlekiem i sikami, ani woni kobiet, ich szminek, pudrów i pachnideł.

Oczywiście nie potrafiła nazwać i wyliczyć tego wszystkiego co czuła, wtulając twarz w płaszcz Nauczyciela. Miała tylko ogólny, jasny obraz.

Był to obraz samotnego człowieka, który ma za sobą kawał drogi.

18.

   Uporała się z płaszczem i znowu wyszła do ogrodu. Wyniosła kolejne tace z ciastkami i wino. Niektórzy z ludzi Nauczyciela zniknęli. Zmożeni  późną porą legli w szopach. Jednak ci którzy pozostali krążyli wokół niego jak ćmy, spijając słowa z jego ust. Nie zwracali uwagi na kobietę uwijającą się przy stołach. Potrącali ją, przekrzykiwali się tuż nad jej uchem, gdy się schylała by zebrać naczynia, odsuwali ją gwałtownymi ruchami rąk, gdy im zasłaniała Mistrza, przechadzającego się po dziedzińcu. Szczerze nie cierpiała tej bandy darmozjadów, która włóczyła się za Nim i nie odstępowała Go na krok. Zdarzało się, że Nauczyciel przystanął, spojrzał na Martę, chciał nawet do niej coś powiedzieć, lecz natychmiast któryś z jego towarzyszy stawał między nimi. Ciągną Mistrza za rękaw, zaprzątał jego uwagę, nie zważając w ogóle na Martę, jakby była tylko kamiennym słupem. Nauczyciel był zmęczony, mimo to cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania. Oni pytali Go o najrozmaitsze głupstwa, nie po to aby się czegoś dowiedzieć, ale raczej by błysnąć przed pozostałymi. Prześcigali się w pustych, naiwnych dywagacjach, toczyli bezsensowne spory, czyniąc Nauczyciela sędzią. On zaś traktował ich jak grupę niesfornych dzieciaków, mówił cierpliwie i zachowywał pobłażliwy spokój, nawet kiedy przerywali Mu w pół zdania. Uśmiechał się, kiwał głową, przeczył lub potakiwał, podkreślał słowa gestami – tylko Jego oczy nie były z nimi. Jego dziwne, niepokojąco głębokie oczy, szukały Marty, jakby wzywały pomocy. Lecz ona, nawet gdyby zrozumiała jego wołanie, nie mogła by nic zrobić, bo nie dane jej było zbliżyć się do Niego.

Jedynym sprzymierzeńcem Marty i jej towarzyszem niedoli był  biedny Judasz, który również nie mógł się dopchać do Nauczyciela, a który tak jak ona, starał się dbać o Jego zwykłe, ludzkie sprawy. Judasz zajmował się finansami, czynił cuda by gromadzić pieniądze, kupować żywność, organizować im noclegi. Do miejsc, w których mieli się zatrzymać przybywał pierwszy, a odchodził ostatni. Tylko on jeden zawsze wiedział dokąd uda się Nauczyciel i gdzie spędzi następną noc. Dzięki jego zabiegom cała grupa nie przymierała głodem, nie musiała się o nic troszczyć i mogła zamęczać Nauczyciela. A sam Mistrz zdawał się tego nie dostrzegać. Jego duch latał wysoko, pod chmurami, wśród ptaków niebieskich. Nie był zdolny zadbać o swoje ziemskie potrzeby i wręcz nie dostrzegał problemów z tym związanych ; niczym piękny biały jeleń, klejnot ogrodów Heroda, który pozbawiony opieki starego, niemego ogrodnika, musiał by zginąć marnie.

Judasz siedział sam, na uboczu, przy ognisku. Patrzył w płomienie, jakby je zaklinał, by zechciały go pochłonąć. Marta podeszła i stanęła obok. Spojrzał na jej stopy, lecz nie podniósł wzroku. Pamiętała, że parę godzin temu, w kuchni, przez moment, był dla niej miły i pomyślała, że może powinna mu się odwdzięczyć.

– Chcesz wina ? – spytała.

Judasz nie odpowiedział.

– Może chcesz żebym ci pościeliła w jednej z izb ? Musisz być zmęczony.

– Czyś ty kiedy kogo kochała ? – spytał nagle.

Marta nie wiedziała co odpowiedzieć. Nikt jej nigdy nie pytał o takie rzeczy.

– Bo ja tak – powiedział nie czekając na odpowiedź – A teraz mam tego kogoś sprzedać.

Za pieniądze… za 30 srebrników mam…

Marcie wydało się, że w oczach Judasza dostrzegła łzy. Zrozumiała, że to poważna sprawa. Trzydzieści srebrników to była oficjalna, urzędowa cena niewolnika w Palestynie. Widać Judasz miał niewolnicę, do której był bardzo przywiązany i kazano mu ją odsprzedać. Pewnie Nauczyciel mu kazał. Tak. To o tym musieli rozmawiać w wieczerniku. Nadal nie wiedziała co powiedzieć, jednak bardzo chciała pomóc. Przykucnęła obok Judasza, ale on w tym samym momencie zerwał się i zniknął w głębi ogrodu.

19.

   Marta chciała wstać, ale poczuła ból w krzyżu. Podniosła się z trudem. Potężna fala zmę czenia przewaliła się przez całe jej ciało. Od paru godzin z tym walczyła, lecz teraz, w jednym momencie, jej wola wytrwania runęła nagle, jak mury Jerycha. Ze zgrozą pomyślała, że nie da rady, że ma jeszcze huk roboty i że ze zmęczenia mogła by czegoś zaniedbać. Rozejrzała się dookoła szukając Marii. Potrzebowała jej pomocy, jak nigdy dotąd.

Nauczyciel przestał chodzić po dziedzińcu. Usiadł na jednej z ław i snuł jakąś opowieść. Mała siedziała u jego stóp i gapiła się na niego jak na wyrocznię. Pozostali też. Nikt mu nie przerywał, wręcz bano się oddychać. Zwykle zadawano mu wiele pytań, lub on je zadawał i dyskutowano. Ale kiedy mówił przypowieść, wszyscy milkli. Kiedy nauczał nikt nie ważył się na komentarze. Kiedy Nauczyciel mówił miało się wrażenie, że otwiera ludziom czaszki i kładzie do nich samo dobro, że zdejmuje im bielmo z oczu i na chwilę przywraca wzrok, choć oni sądzili dotąd, że doskonale widzą. Mówił powoli, a każde słowo było na miejscu, akurat tam gdzie powinno być i nie było między nimi nawet jednej, niepotrzebnej zgłoski. Używał słów jak wytrawny architekt używa kamieni, by konstruować z nich misterne, zapierające dech w piersi budowle. Zdążało się, że wśród słuchaczy byli cudzoziemcy, nie rozumiejący ani słowa po aramejsku, ale nawet oni słuchali go z rozdziawionymi ustami, dla samej melodii jego głosu, dla sposobu w jaki komponował napięcia i rozwijał wątki. Nawet oni mieli wrażenie, że uczestniczą w jakimś wyjątkowym misterium, w dziele stworzenia, czuli się przez to lepsi i gotowi byli rzucić się z mieczami na słońce, gdyby przygrzało zbyt mocno i przeszkadzało Mu mówić. Gdyby istniała cudowna tuba, za pomocą której głos Nauczyciela mógłby dotrzeć do każdego miejsca, do każdego domu, w tym samym momencie, to Nauczyciel mówiąc do tej tuby mógłby poruszać narody jak stadko owiec. On jednak mówił do niewielu, zaledwie kilkanaście osób mogło go słuchać. Jego słowa powtarzane przez innych, lub nawet spisane, nie miały już takiej mocy.

Marta zbliżyła się i chciała zwrócić uwagę siostry,  skinąć na nią i dać jej do zrozumienia, że jej potrzebuje. Potem jednak uznała, że wybrała zły moment. Chciała się cofnąć i przyjść później, ale Nauczyciel  już ją zauważył. Dał znak tym, za których plecami stała, by się odsunęli i odsłonili mu ją, ci rozstąpili się i teraz patrzyli na Martę. Wszyscy na nią patrzyli.

– Przepraszam – powiedziała cicho i zrobiła się czerwona. Nie wiedziała kogo i za co przeprasza, ale czuła się winna i było jej głupio. Wpatrywała się w kostki dziedzińca, jakby liczyła na to, że za chwilę zmieni się w kroplę wody i będzie mogła wsiąknąć bez śladu w ich glinianą chropowatość.

Nauczyciel, jak wszyscy pozostali, nie dosłyszał co bąknęła pod nosem. Otworzył szerzej oczy i odwrócił głowę lekko bokiem, odgarnął włosy i pokazał jej ucho. Czekał. Musiała coś powiedzieć.

– Pomyślałam, że poproszę Marię, żeby mi pomogła przy stołach …

– Zostaw te stoły – powiedział Nauczyciel – usiądź z nami.

– No tak, ale ja bym w tym czasie przygotowała jeszcze kilka posłań, może ktoś chciał by …

– Zostaw te posłania Marto, chodź do nas.

– No tak … ale ja muszę …

– Marto, Marto – powiedział – Troszczysz się i niepokoisz o tyle spraw naraz. I po co ? Ty się tłuczesz całymi dniami po kuchni, jakby tylko o to w życiu chodziło.

– No tak …

– Powiadam ci, są ważniejsze sprawy. Tamto – wskazał na dom – to marność.

– Marność ?

– Nie inaczej. Twoja siostra nie zabiega o nędzne pożywienie dla ciała. Popatrz. Ona wie, że nam tu innego pokarmu potrzeba.

– Innego ?

– To pokarm,dla ducha. To pokarm, którego człowiek nie wypróżni …

Ludzie Nauczyciela poruszyli się. Ten i ów zarechotał.

– Mówię poważnie. Maria obrała tę cząstkę, która nigdy nie będzie jej odjęta. Rozumiesz ?

– No tak …

Świat Marty nie był wielki, był jak stąd do Jerozolimy i z powrotem. Ale teraz cały ten mały świat zawirował jej w głowie i zawalił się z hukiem. Od prawie trzydziestu lat zajmowała się ludźmi i zwierzętami. Tylko to potrafiła i choć nie było jej lekko nie rozglądała się za niczym innym. Nawet nie wiedziała co innego mogła by robić. To było jej miejsce pod gwiazdami. A teraz te gwiazdy runęły jej na głowę, grzebiąc w złowieszczym, migotliwym pyle wszystko czego była pewna. No bo coś robiła nie tak. Z całym jej życiem coś było nie tak. Ale co ? Ona tylko chciała, żeby się najedli. I wyspali. Sądziła, że to ważne. A Nauczyciel ją zganił ! Nauczyciel, który jak słyszała, bronił ladacznic i przyjaźnił się z poborcami podatków !  A ją zganił ! Co za wstyd ! Miała wrażenie, że wszyscy obecni przyglądają się jej jak jakiej morderczyni. Czuła, że jest głupia. Czuła się brudna. Brudna i głupia. Po co w ogóle wyłaziła z kuchni ? Gdyby teraz posypał się na nią grad kamieni przyjęła by je jak wybawienie. Gdyby nie zabito jej od razu pewnie chodziła by na kolanach, zbierała kamienie, ocierała je z własnej krwi i turlała po ziemi w stronę rzucających, by nie musieli się fatygować szukaniem następnych.

– No – powiedział Nauczyciel – Przyłącz się do nas -Wskazał na wolny kawałek ziemi, u jego stóp, obok Marii.

Chciała powiedzieć, że zaraz przyjdzie, tylko się trochę ogarnie. Jednak z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Miała tak ściśniętą krtań, że nie potrafiła by teraz nawet załkać. Tymczasem jeden z ludzi Nauczyciela, korzystając z przerwy w opowieści, chciał dolać wina do jego kubka. Przechylił gąsior, lecz ten był pusty. Obok znalazł drugi, do połowy pełny. Marta natychmiast podeszła do niego, zabrała pusty gąsior i pobiegła z nim do domu. Nikt za nią nie patrzył. W ogóle mało kto zwrócił uwagę na całe to zajście. Ona jednak była pewna, że słyszy  śmiech i gniewne pomruki niezadowolonego tłumu. Poszła do spiżarni. Zatrzasnęła drzwi. Popłakała się.

20.

   Siedziała na podłodze, podciągnęła kolana pod brodę i szlochała. Potem położyła się na boku, skuliła się jeszcze bardziej i wciąż płakała. Najpierw drżała, potem robiło jej się coraz cieplej. Wreszcie zasnęła.

To był zdrowy, przynoszący ulgę sen, najlepsze co mogło się jej teraz przytrafić. Jej ciało trwało w błogim uzdrawiającym letargu. Przyszli Aniołowie i zdjęli z jej piersi ciężki, metalowy pancerz, stalowe okowy pękły jak naczynie z gliny i mogła wreszcie wziąć głęboki oddech. Ruchami skrzydeł osuszyli jej twarz z łez. Trzymali jej głowę na swych kolanach. Chuchali w jej zimne dłonie. Masowali jej obolałe stopy. Z kamiennego muru pociekło źródło. Wkładali w nie ręce, po czym delikatnymi muśnięciami palców zwilżali jej wargi. Otworzyła usta. Woda jak kryształ perliła się na jej białych zębach i ściekała kącikami ust. Wreszcie nakryli ją połami swoich miękkich jak puch płaszczy i odpłynęła.

Ocknęła się nagle. Usiadła i przez chwilę rozglądała się po pomieszczeniu. Nikogo przy niej nie było. Wąska smużka światła spod drzwi oświetlała kosze z owocami stojące tuż obok. Przypomniała sobie, że jest w spiżarni. Nie wiedziała jak długo spała. Nie wiedziała co miał znaczyć ten dziwny sen. Ale miała się dużo lepiej. Zdrzemnęła się na gołej ziemi, lecz nie czuła tego w kościach. Przeciągnęła się łowiąc w rdzeniu kręgosłupa resztki niedawnej błogości. Aż się uśmiechnęła z zadowolenia. Jej dusza, doprowadzona tak niedawno na skraj rozpaczy sama się uzdrowiła. W chwili w której Marta nie wiedziała już co ma robić i co się z nią dzieje, organizm uruchomił jakiś cudowny mechanizm obronny, który uchronił ją przed ostateczną katastrofą. Pamiętała rzecz jasna co zaszło, ale jakby jej to już nie dotyczyło.

21.

W kuchni nikogo nie było. Dwaj chudzielcy zniknęli. Pewnie Judasz ich obudził i wysłał w świat. A może poszedł z nimi, by przygotować dla Nauczyciela i jego ludzi nocleg na następną noc. Chłopaki otrzepali i złożyli swoje posłania. Tyle po nich zostało. A chciała im dać po parę groszy. Teraz żałowała, że nie zrobiła tego wcześniej. Miała nadzieję, że wzięli sobie trochę chleba i owoców na drogę. 

Wyszła przed dom. Lampy i ogniska wciąż płonęły. Poprzewracane kubki, okruchy chleba i szkielety ryb na pustych talerzach świadczyły o niedawnym zamieszaniu, ale przy stołach nikogo już nie było. Ludzie pokładli się spać, a może szlag ich trafił, nie ważne. Była sama i póki co nie tęskniła za towarzystwem. Na ziemi, przy progu, leżała ulubiona chusta Marii. Mała nigdy by jej nie zostawiła. Pewnie, jak to czasem bywało, zasnęła gdzieś w ogrodzie. Pewnie Lazarus ją znalazł, wziął na ręce i zaniósł do jej izby, gubiąc chustę po drodze. Marta podniosła ją i założyła sobie na ramiona. Furta w głębi ogrodu była uchylona, więc poszła ją zamknąć. Przechodząc obok szop słyszała chrapanie mężczyzn, leżących pokotem na matach, którymi wyłożyła klepiska. Pozostali zapewne legli w wieczerniku. Ci którzy wyszli nie domknęli za sobą furty.

Marta przez moment mocowała się z ryglem. Zastanawiała się co teraz powinna zrobić. Do świtu pozostały jakieś dwie godziny. Nauczyciel i jego ludzie powinni zjeść śniadanie nim odejdą. Postanowiła, że nie położy się spać, że przygotuje im coś do jedzenia, a to co zostanie da im na drogę. Dopiero kiedy znikną weźmie się za sprzątanie. Rzecz jasna wszystko będzie musiała zrobić sama, bo Maria, po tej długiej nocy, zapewne pośpi do południa.

Domykając furtę Marta poczuła na sobie czyjś wzrok. Miała to niejasne, niewytłumaczalne przeczucie, że ktoś się jej przygląda. Ten ktoś był z tyłu, w ogrodzie. Poczuła to na plecach. To nie był dotyk, ani powiew, ani fala ciepła, ani nic takiego. To było jakieś trudne do opisania zjawisko, niewątpliwie fizyczne, choć przecież wzrok ludzki nie wysyła żadnych fal. Może tak właśnie odczuła by niewielką, punktową zmianę ciśnienia powietrza, gdzieś w okolicach jej karku. Pewnie to właśnie czuje młoda antylopa, która unosi nagle głowę i rozgląda się po stepie, nim jeszcze zwietrzy i nim usłyszy lamparta skradającego się wśród traw.

Odwróciła się i zobaczyła na skraju sadzawki Nauczyciela. Siedział dokładnie tam gdzie zobaczyła go po raz pierwszy, parę godzin temu. Opierał się plecami o pochyłe drzewo. Był sam. Wszyscy inni spali. Przyglądał się Marcie, ale nic nie mówił. Nie kazał jej podejść, ale też nie odsyłał jej. Nie wykonał żadnego. Po prostu patrzył. Marta podeszła i usiadła na kamieniu obok. Byli teraz o metr od siebie i patrzyli sobie w oczy. Trwało to jakąś chwilę. Wreszcie Nauczyciel wskazał ręką na dom i chciał coś powiedzieć, ale Marta położyła mu dwa palce prawej dłoni na ustach. Uśmiechnęła się. On też się uśmiechnął. Oparł głowę o pień drzewa i patrzył teraz w niebo. Był zdumiony. Chyba po raz pierwszy się zdarzyło, że ktoś zbliżył się do niego i niczego od niego nie chciał. Marta nie prosiła go o uzdrowienie, ani o przypowieść, ani nawet o jedno słowo. Niczego od niego nie chciała. O nic nie pytała. Nie zamierzała wyznawać mu grzechów, ani prosić o radę. Przyszła ot tak, posiedzieć przy nim, nie dla cudów które czynił, nie dla  sprawy, ale dla niego samego, dla zwykłego chłopaka z Nazaretu. Po raz pierwszy od wielu lat, od czasów kiedy matka układała go do snu, ogarnęło go ciepło bijące od drugiego człowieka, ten szczególny rodzaj ciepła, które jest dobre i za które nie trzeba płacić.

Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu. Marta też patrzyła w gwiazdy. 

– Piękna noc – powiedziała cicho.

Nauczyciel nie odpowiedział. Spał. Zdjęła z ramion chustę Marii, rozłożyła ją i przykryła  go. Dotknęła jego włosów, grzbietem dłoni musnęła zarośnięty policzek. Spał jak dziecko. Nikomu nie pozwoliła by go teraz obudzić. Była zadowolona, że Nauczyciel zasnął. Nie musiała z nim rozmawiać. Bo i o czym ? I po co ? Wiedziała, że za dwie godziny, o świcie, wstanie, założy nowe sandały i wyprany płaszcz i odejdzie. I tyle. Nie zatrzyma go, bez względu na to co zrobi i co powie. Więc po co mówić cokolwiek?

Chociaż może powinna mu powiedzieć, że z tą drewnianą łyżką, o której mówił w wieczerniku, to jest niezupełnie tak. Że nawet łyżka zrobiona z najtwardszego drzewa nie może przebrać morza, bo od ciągłego mieszania w wodzie musiała by się zetrzeć i w końcu został by z niej malutki, cieniutki patyczek, nie większy od igły. Tak się rzeczy mają z drewnianymi łyżkami. Ale o tym może wiedzieć tylko ktoś, kto ich używa dostatecznie długo.

– Piękna noc – powtórzyła.

22.

   A noc była rzeczywiście piękna. To była jedna z tych nocy, o których się myśli, że mogły by trwać i trwać. Niebo było czyste jak kryształ, miliony gwiazd skrzyły się tak wyraźnie, że aż trudno było w to uwierzyć. Kiedy się uniosło głowę spostrzegało się nagle zadziwiającą głębię kosmosu, który zwykle wydawał się bardziej mętny i prawie płaski. Teraz widać w nim było przestrzeń, zapierającą dech w piersi, krynicznie czystą otchłań i całą tę wielowymiarową dal, która w jednakowym stopniu zachwyca, co przeraża. Widząc coś takiego ma się wrażenie, że było się jak robak, który całe życie spędził pod kamieniem, nic nie wiedząc o tym ogromie, którego nawet nie podobna pojąć. Najwięksi malkontenci i cynicy musieli by przed czymś takim padać na kolana, gdyby tylko mieli odwagę zadrzeć głowy do góry i wpatrywać się w to niebo dostatecznie długo. Mężczyzna, hardy i bezczelny zdobywca, patrząc w przestworza musi nagle pojąć, że oto Święty Jedyny (niech będzie błogosławiony !), dał mu coś tak doskonałego, że nigdy po to nie sięgnie swoimi krótkimi rączkami. Człowiek, który pokonał morza, opasał góry murami, zawrócił biegi rzek, wyrwał żelazo ziemi i nawet splugawił Eden  – ten sam człowiek wobec kosmosu może tyle samo co świnia, albo zając. Nie zdoła obedrzeć gwiazd z ich blasku, nie może zaorać sklepienia, wypalić go ogniem i zatopić we krwi. Nawet gdyby w swej zuchwałości ściął wszystkie drzewa i wyjałowił ziemię zbierając wszystkie kamienie, nawet gdyby zabił wszystkie zwierzęta, dla ich kości – to i tak nie zbierze dość budulca na wieżę, mogącą sięgnąć choćby w pobliże najbliższej z gwiazd. A nawet gdyby jej sięgnął, to przecież była by to zaledwie pierwsza z miliona gwiazd, a milion to taka liczba, której mądrzejsi od Marty, nie potrafili sobie wyobrazić.

Ta myśl jakoś dziwnie podnosiła Martę na duchu. Jasne, może nie była zbyt mądra. Nauczyciel miał rację, nawet się nie domyślała wartości większych niż marność bycia garkotłukiem. Ktoś gdzieś u zarania dziejów ustalił taki porządek rzeczy i chwała mu za to. Marta była temu komuś wdzięczna, że poskąpił jej rozumu. Bo kiedy tak sobie siedziała i patrzyła w to rozgwieżdżone niebo, było jej dobrze.

I to jej wystarczało.

***

.

Dodaj komentarz