DWIE MAŁE LATTE

Mam pytanie
bo byłem w galerii
z Mario
Strudzeni zeszliśmy do baru
„Dwie małe latte poproszę” …
Dziewczę płoche
oczy jak u sarenki
mogłaby być moją córką
Zamiast malować paznokcie
i stać z chłopakami w bramie
pracuje
„Ale ja już umyłam ekspres” – powiada
smutno
ze skruchą
tak cicho
że właściwie czytam tylko z ruchu ust
„Mycie takiego ekspresu to udręka
na koniec zmiany
na koniec dnia” – pomyślałem
A dziewczę ma jeszcze kupę roboty
Nawet nie zaczęła myć podłogi
Szoruje z tłuszczu tace po parówkach
a jedno z błyszczących
sarnich oczu
ma czerwone
sparzone detergentem
zatarte dziecięcą dłonią w gumowej rękawiczce
Spieszy się do chłopaka
na lekcje hiszpańskiego
albo żeby wyjść z psem
bo matka pijaczka
i brat leń
nie byli z nim od rana
więc odchodzę w pokoju
W tym mieście jest jeszcze sto miejsc
w których można napić się kawy
Lecz Mario
stoi niewzruszony
jag głaz granitowy
jak wulkaniczny monolit
jak komornik o piątej rano
„Do zamknięcia jeszcze kwadrans” – powiada
„Człowiek powinien wykonywać swoje obowiązki
solidnie
Każdy człowiek
Co do grosza
Co do minuty
Za to płacę
Za to jej płacą
Za to płacimy
Za to nam płacą
Taki jest porządek rzeczy
od zarania dziejów
i tego się trzymajmy
bo inaczej
chaos
Dwie małe Latte poproszę
albo numer telefonu do szefa „
I tak stoimy
Ja, katolik
uczeń Chrystusa
plecami do dziewczyny
bo zamierzam odejść
I Mario
Świadek Jehowy
uczeń Chrystusa
frontem
bo on się stąd nie ruszy
I wiem
że obaj mamy rację
I wiem
że jeden z nas
będzie musiał ustąpić
I mam pytanie
I pytam
Co do cholery
w tej sytuacji
zrobiłby Jezus ?
‚

Sz. P. J. D. Adres ten sam. Od 77 lat.

 Ja byłem z miasta

Miałem skórzaną kurtkę i przeciwsłoneczne okulary

A ty prałaś torebki foliowe z supermarketu

i wieszałaś je na sznurkach w łazience

W bezlitosnym upale

ciągnęłaś mnie

na drugi koniec bazaru

bo tam marchewka była tańsza

o 10 groszy

Miałem skórzaną kurtkę i przeciwsłoneczne okulary

I byłem tak cholernie wyrozumiały

Nigdy nie kupowałaś bananów

bo po co ?

W ziemniakach jest więcej skrobi

A kiedy odjeżdżałem

przynosiłaś brudne jajka

i mleko prosto od krowy

w cynkowej bańce

z pogiętą przykrywką

uszczelnioną gazetami

„To pijta, bo zdrowe” – mówiłaś

„A to ze sklepu, to kupa dziada”

Mleko kapało na wykładzinę

w bagażniku mojego zagranicznego auta

i byłem wściekły

Ale byłem z miasta

Miałem skórzaną kurtkę i przeciwsłoneczne okulary

I wypełniał mnie ocean uprzejmości

Chlupotały we mnie hektolitry

dobrotliwego zrozumienia

Nawet wtedy, gdy kazałaś mi wyciągać obierki z kosza

bo ich miejsce jest w kompostowniku

I gdy parzyłaś mi kawę z prażonego żyta

bo ta prawdziwa się skończyła

Lub gdy pod cieknący kran stawiałaś garnek

by do rana nakapało z litr, albo półtora

choć tego lata w powodzi zginęło 56 osób

7000 straciło dach nad głową

i trzeba było ułożyć od nowa

2000 kilometrów torów

Ty ratowałaś pojedyncze krople

bo każdej kropli szkoda

a ja godzinami stojąc pod prysznicem

śpiewałem, że jestem z miasta

i parskałem zwycięsko

Jak głupek

Bo to raczej ja byłem

pożałowania godzien

Choć byłem z miasta

I miałem skórzaną kurtkę i te okulary

Cóż

lata chylą mnie ku ziemi

Przeciwsłoneczne okulary zsunęły się

na czubek mego nosa

Zdziwiony spoglądam sponad ciemnych szkieł

i dopiero teraz

dostrzegam również tę część światła

która zawsze biła od Ciebie

I dopiero teraz

kiedy patrzę na to wszystko

widzę

że to Ty

zawsze miałaś rację

.