481

Nawet najstarsi mieszkańcy wyspy

Nie pamiętali nikogo

Kto małą drewnianą łodzią

Przepłynąłby cieśninę

Nie da sięmówili

Lecz Holger o tym nie wiedział

I pływał w tę i z powrotem

Był zbyt niecierpliwy

By czekać na prom

I zbyt dumny

By prosić rybaków o pomoc

Za każdym razem

Gdy chciał się udać do miasta

Gdzie była biblioteka

Holger miał jasne włosy

Niebieskie oczy i

Ciało silnego mężczyzny

Choć miał dopiero

Siedemnaście lat

Tego dnia znowu popłynął

Znów do biblioteki

Przez dwie godziny

Nie wypuszczał wioseł z dłoni

A kiedy w samo południe

Stanął na pomoście

Omiótł go spojrzeniem

I wziął w posiadanie

Jak zwykle brał wszystko

W zasięgu swego wzroku

Czyli morze

Niebo

Ziemię

Choć miał dopiero siedemnaście lat

A może właśnie dlatego

Uwiązał łódkę i ruszył

Płosząc mewy

Budząc drzemiących rybaków

Rozpalając myśli ich żon

A wszystko to w takim właśnie

Lub może w innym

Porządku

W każdym razie

Kiedy Holger szedł pomostem

Nie dało się tego nie widzieć

Nie dało się o tym nie myśleć

A niektórym

Ciężko to będzie zapomnieć

,

Wśród tych ostatnich był zapewne

Znany Poeta

Który stał u wejścia na pomost

I udawał, że łowi ryby

Zagadywał wędkarzy

I zaczepiał chłopców

Na rowerze wodnym

Kiedy ujrzał Holgera

Zaniemówił

Ogłuchł

I zmienił się w słup soli

Dudnienie kroków chłopaka

I bicie serca Poety

To było przez chwilę jedno

I to samo dudnienie

Wieczorem w bibliotece

Znany Poeta

Czytał wiersze

A Holger chłonął każde słowo

Choć znał je wszystkie

Trzy tomiki

Po 160 wierszy każdy

Razem 480

I tego wieczoru właśnie

Miał poznać ten 481

Który Znany Poeta

Napisał w południe

Na przystani

A brzmiał on

Mniej więcej tak :

„Według Platona mój skarbie

Ciało to więzienie duszy

To miejsce w którym dusza

Utknęła

I pokutuje

Lecz kiedy patrzę na Ciebie

To myślę

Że Twoja dusza akurat

Trafiła do raju”

Ten i ów

Bił brawo

Kilku drzemało

Znany Poeta podpisał wiersz

Zamaszyście

Po czym podszedł

I podarował go

Holgerowi

Ten i ów zarechotał

Kilku nadal drzemało

A chłopak spłonął czerwienią

Bardziej z wściekłości niż wstydu

Wiedział

Co poeta miał na myśli

Bo miał już siedemnaście lat

Wszystkie te wiersze o miłości

Łącznie z tym 481

Zabrzmiały teraz zupełnie inaczej

Rzegotały złowieszczo

Popękanymi strunami

Bo jakkolwiek były o miłości

To jednak o innej

Niż się wydawało

Przynajmniej jemu

„A więc to tak”

Pomyślał Holger

„Tak to wygląda

Tak wyglądają poeci

I tak wygląda poezja

Zamiast zachwycać

Zawstydza

Zamiast ratować

Ośmiesza”

Zmieszany uciekł

Bo choć

Nie bał się żadnego żywiołu

To jednak

Niektórymi się brzydził

Powrócił na swoją wyspę

Nie zajrzał już do biblioteki

Został rybakiem

I nie napisał już nigdy

Żadnego wiersza

Żaden już nie uleciał

Choć trzepotały skrzydłami

Wszystkim ukręcił łebki

Stłumił wszystkie w sobie

Choć długo jeszcze

Walczyły

Nie pozwolił by się wyrwały

Zdusił

Potopił

Pochował

A szkoda

Bo to były

Cholernie dobre wiersze

Kto wie

Czy nie najlepsze.

OBIECANKI

Może kiedyś się odważę

I zaproszę Cię na spacer

Przejdziemy się powoli

Albo pobiegamy

I będzie naprawdę bosko

Po lesie Cię

Przegonię

 

Huśtawkę zamontuję

W brzoskwiniowym sadzie

Na najmocniejszym drzewie

Na najgrubszym konarze

I będzie naprawdę bosko

Zamaszyście Cię

Wyhuśtam


 

Lub wyprowadzę wóz z garażu

Na gorący asfalt wytoczę

Kabriolet czerwony

Benzyną pachnący i skórą

I będzie naprawdę bosko

Po mieście Cię

Przewiozę


 

A może nawet łódkę kupię

Z pękatymi żaglami

I z radiem w kabinie

Ze wszystkim co trzeba

I będzie naprawdę bosko

Gdy Cię nią

Przepłynę


 

Kiedy tak patrzę i widzę

Ten uśmiech co kwitnie

Na Twoich ustach

Powiem Ci jeszcze tylko

Że chciałbym mieć

Samolot

 

 

Ντομάτες *

Ten stary Grek

Był tylko elektrykiem

Lecz przemawiał jak Sokrates

Pouczający przechodniów

Na ulicach Aten

I wyglądał jak Platon

Ten z fresku Rafaela

W porze śniadania siadał na swojej

Skrzynce z narzędziami

Nożem do tapet kroił

Pomidory

W grube plastry

Grube na centymetr

I układał je pieczołowicie

Na kromkach

Naszego powszedniego

Chleba

Razowego

„Żaden mężczyzna z mojej rodziny…”

Mówił

„Nigdy

Nie miał problemów z prostatą

A wszyscy

Z wyjątkiem tych

Co zginęli na wojnie

Żyli po sto lat”

Słów starego Greka

Słuchałem z uwagą

Pewnie większą niż inni

Bo w mojej rodzinie

Problemy z prostatą

Miało wielu

Niewykluczone że nawet ci

Którzy zginęli na wojnie

„A cała tajemnica”

Mówił dalej

„To częste wytryski

I dużo Ντομάτες

Akcja ejakulacja

I pomidory

Jedno i drugie

Regularnie

I w każdej możliwej postaci”

Chłopaki rechotali

Ale on mówił serio

Powtarzał

Masturbujcie się

I jedzcie pomidory

Tu chodzi o zdrowie

Panowie

A ze zdrowiem żartów nie ma … ”

Minęły lata

Stary elektryk już chyba nie żyje

Ale na pewno

Nie zabił go rak prostaty

A ja od tamtej pory

Za każdym razem kiedy w nocy

Znowu

Musze wstać

By się

Znowu

Odlać

Myślę o starym Greku

I o tym co mówił

I wciąż wyrzucam sobie

Że jem

Zbyt mało

Pomidorów.

 

.

 

* (gr – pomidory ; czyt : tomates )

 

DZIEWCZYNA KEBERNIKA

 

Była dziewczyną Kebernika

już od czterech lat

Kochała się z nim nieśmiało

cichutko jak myszka

po ciemku

Radio musiało być wyłączone

a wszystkie szklanki w kuchni pomyte

„I jeszcze zobacz czy pozamykałeś drzwi” – mówiła

więc boso

owinięty prześcieradłem

szedł do przedpokoju i sprawdzał łańcuchy

i wiedział

że o żadnym szaleństwie nie może być mowy

I raczej nie było

Szalenie ceniła jego intelekt

i była szalenie oczytana

i to mu wystarczało

 

A Musso

(tak go nazywali

bo taki miał samochód)

więc ten Musso

był piękny jak diabeł

zwłaszcza kiedy się uśmiechał

a kiedy płynął

jezioro wydawało się być zaszczycone

Podobał się kobietom

szalenie

Podobał się nawet mężczyznom

Nawet Kebernikowi

co go bardzo frustrowało

(Kebernika znaczy)

tym bardziej że Musso

przeczytał w życiu trzy książki

ale bez z żadnej ściemy

znał się na wszystkim

ludzie garnęli się by z nim rozmawiać

o piciu

o życiu

ö sporcie

Zwłaszcza o sporcie

 

 

„ A mnie sport nie pociąga wcale ”

mówiła dziewczyna Kebernika

zaczepnie

wachlując się tekturową tacką

i popijając zimne piwo

„ A próbowałaś ? ”- zapytał Musso

Wzruszyła ramionami

więc wstał i podał jej mocarne ramię

„Chodź, pokażę ci tenisa” – powiedział

I ona poszła za nim

nie do końca pewna

co chce jej pokazać

a w środku lasu

dziwna rzecz

był kort

I całe towarzystwo się tam przeniosło

zabierając ze sobą nawet grill

i było bardzo wesoło

 

 

Dziewczyna nie trafiała w piłki

Śmiała się perliście

oczy miała dziwne

maślane

i rumiane policzki

Pewnie od tego upału

Właściwie nie wiadomo kto zaproponował

tę modyfikację

Teraz był to tenis rozbierany

i wszyscy na to przystali

choć tamtych dwoje nie schodziło z kortu

A ona śmiała się jeszcze głośniej

kiedy w pełnym słońcu

jej bluzka pofrunęła

i zawisła na siatce

Piersi miała jędrne

sutki bezwstydnie nabrzmiałe

pewnie od tego upału

Jeszcze trochę grali

w radosnym zapamiętaniu

tak ożywczo promienni

i tak beztroscy

jak Adam i Ewa w Raju

A potem Musso podbiegł

i podał jej bluzkę

lekko

naturalnie

z nieludzkim wdziękiem

Ale on wszystko tak robił

Jakby tańczył

I oddali rakiety następnej parze

 

Jakiś czas potem odjechał

swoim „Ssang Yongiem Musso”

Musiał wracać do miasta

a oni zostali

i dziewczyna Kebernika długo jeszcze

miała

szkliste spojrzenie

i rumiane policzki

Pewnie od tego upału

A pod wieczór

Kebernik

przyniósł jej kocyk

i znalazł dobre miejsce przy ognisku

Też niewiele mówił

zadumany

zdziwiony

bo na dobrą sprawę

tego dnia

po raz pierwszy

zobaczył

jej piersi w pełnym świetle

I to było coś.

 

JESTEM NA GRANICY …

Opuszczam Ojczyznę
A oni stoją w ciemności
i patrzą jak się zbliżam
i wzrokiem mierzą mój wóz
A twarze mają okrutne
Bezlitosne
I ona

i on

jakby z jednej odlane formy
Z takimi nie ma żadnej dyskusji
Podjęcie nieśmiałej próby
to dla nich obelga
Mundury na nich nie leżą
nieforemne i pozbawione znaczenia
Majestat orła w koronie
na nich
to jakby kpina
A twarze mają okrutne
Bezlitosne
I ona

i on

Lecz nagle
w ślipiach
pomieszanie i strach
I zwątpienie
Bo z samochodu
z tablic

z tych okularów

i z klarownego oblicza

wyglądam im raczej

na Szweda
albo na Duńczyka
i trzeba będzie użyć języków
obcych
obcych niesłychanie
i tu panie bida
I tu bida panie
Nie da się

zgnębić człowieka

Więc niech lepiej jedzie
Więc jadę
W lusterku widzę jak zatrzymują
tego za mną
Bo to swój chłop
I jak do niego z wolna podchodzą
A twarze mają okrutne
Bezlitosne
I ona

i on

.

 

 

MOWA KOŃCOWA

 
Niech mi nikt nie mówi
że moja poezja jest niedojrzała
To znaczy mówić może
ale ja już nic z tym nie zrobię
Tak jak stuletnia sosna
karłowata
z rachityczną koroną
stargana przez wiatr z północy
raczej już nie wystrzeli w górę
i nie buchnie zielenią
tak i ja
prawdopodobnie
doszedłem już do kresu …
czegoś tam
Ja już przeszedłem
na drugą stronę ulicy
na której jest cień
i częściej
zdarzają się wypadki
wystawy są szare i ubogie
a nierówne płyty chodnika
kaleczą stopy
spowalniając marsz
Ja już niedługo zniknę
w jakiejś ciemnej bramie
Za późno
by wystrzelić w górę
i buchnąć zielenią
.

WIRUS

 

 A gdyby pojawił się wirus

i przetrzebił ludzkość

zostawiając przy życiu tylko 10%

zabijając bezlitośnie pozostałe 90%

dobrych

złych

wszystkich jak leci ?

Wszystkich z wyjątkiem nas i naszych najbliższych

O przyjaciół mniejsza

Przyjaciół znajdziemy sobie nowych

o ile będą nam potrzebni

Więc gdyby pojawił się ten wirus

to pomijając konieczność

pogrzebania

sześciu i pół miliarda trupów

świat może byłby

do przyjęcia

Siedzę w samochodzie

w centrum miasta

Patrzę na przepływające rzesze

Dobrych

 Złych

Wszystkich jak leci

W ręku ściskam fiolkę

z wirusem

Otworzyć

Nie otworzyć

Otworzyć

Otwieram

Leć

Na zdrowie.

.