Józef
z Małej Wsi
był piękny
z twarzy
z serca
i z duszy
tyle że pił
wszyscy pili
i ta jego
niezwykła uroda
jakoś się rozmyła
Pamiętam jak siedział
na swoim motorze
na środku piaszczystej drogi
(asfaltu tam wtedy nie było)
i wpatrywał się w linię
wysokiego napięcia
Coś go w tych drutach
urzekło
i często się na nie gapił
Papierosem wodził w powietrzu
jak smyczkiem
rysując na wietrze
bajeczne
wiolinowe klucze
Przymykał oczy
i mruczał
sobie tylko znane
melodie
Lecz w końcu
rzecz jasna
to co w nim grało
bez reszty rozmienił na drobne
i wydał na wino
Nie było innej drogi
Koledzy
szczodrze pozwalali
by im stawiał
Bywało
że zasnął
na schodach
przed sklepem
i śnił
o hebanowych skrzypcach
i smyczkach
z anielskiego włosia
o których czasem
gadał
Kto wie
być może był Paganinim
w poprzednim wcieleniu
A może był to talent
jedyny w swym rodzaju
jedyny taki
od zarania dziejów
Być może najznamienitsze
„Stradivariusy” świata
drżałyby w swych futerałach
spragnione
dotyku jego dłoni
gdyby tylko ktoś go nauczył
grać na skrzypcach
A gdy go chowano
myślałem
o epokowych koncertach
które pewnie by stworzył
gdyby tylko dane mu było
poznać nuty
Nie zrozum mnie źle
synu
ja dla pijaka
szacunku nie żądam
miej jednak baczenie
na człowieka
Kto wie
może ciało
o które potknąłeś się
w bramie
należy na przykład
do najlepszego
poety na świecie
który jednak miał pecha
któremu zabrakło tylko
papieru
ołówka
i chwili wytchnienia
.