_

_
Podlewałem rabatki
gdy nagle
wzdłuż naszej ulicy
rozdzwoniły się blaszane
skrzynki na listy
i na moim podjeździe
zjawiło się kilku znajomych
co to akurat byli
w okolicy
na motorach
odziani w czarne skóry
z przepaskami we włosach
i w pancernych buciorach
operatorzy koparek
betoniarze – zbrojarze
spawacze
łapy jak bochny chleba
dziwne tatuaże…
niskie tony tłumików
pełzały po asfalcie
by nagle zryć powietrze
rykiem przygazówek
a gdy zgasły silniki
wokół zaległa
cisza
żaden pies nie zaszczekał
poznikały gdzieś ptaki
w co niektórym oknie
lekko drgnęła firanka
lecz poza tym
nic
cisza
odstawiłem konewkę
i wyszedłem do nich
i przez pół godziny
wśród rubasznych śmiechów
i gromkich okrzyków
gadaliśmy o sporcie
Harleyach
o pogodzie
lecz
dziwna rzecz
przez cały ten czas
kiedyśmy tam stali
byli ode mnie
jacyś wyżsi
głośniejsi
bardziej męscy
hardzi
i na luzie
rzadko kiedy mogłem
dokończyć jakieś zdanie
klepali mnie po plecach
przybijali żółwika
lecz coś w ich postawie
zdawało się mówić
“fajny z ciebie
gość
ale wiesz
tak naprawdę
nie jesteś jednym z nas
kolego …”
a kiedy odjechali
gdy już opadł pył
jakiś ptak w zaroślach
zaćwierkał nieśmiało
i z domu naprzeciwko
wyszedł sąsiad
ten lekarz
co gra na fortepianie
w pewnym jazzowym klubie
i jego przyjaciel
ten co jest kucharzem
i znanym z telewizji
ekspertem od win
i byli jak zawsze
niezwykle uprzejmi
a jednak wyczuwalnie
niedostepni
gładcy
wykwintni
zadbani
bez cienia szorstkości
krótko mówiąc
z pewną klasą
uśmiechali się do mnie
zapytali jak leci
i w ogóle …
jednak coś w ich postawie
zdawało się mówić
“fajny z ciebie
gość
ale wiesz
tak naprawdę
nie jesteś jednym z nas
sąsiedzie …”
pokręcili się chwilę
a potem bez słowa
zniknęli w ogrodzie …
no to
i ja
poszedłem do domu
bo co tu tak będę
sam
stał
na tej ulicy?
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
mal: Marius van Dokkum “Lentebriesje” (wiosenna bryza)