DZIEŃ OJCA

Damian to greckie imię

Znaczy „uzdrowiciel”

Był taki czas, że rodzice

Stanęli nad kołyską

Patrzyli jak chłopiec śpi

I przez chwilę byli dumni

I pełni nadziei

I niemal pewni

Że gdy mały wyrośnie

To dojdzie do czegoś

I że się nimi zajmie

Kiedy będą starzy

 

Potem było normalnie

Ojciec lał wszystkich

Jak leci

I czym popadnie

Damian bronił matkę

I siostrę

Choć rzadko dawał radę

Jeżeli nie uciekli

Obrywał najgorzej

Przynajmniej do swoich

Czternastych urodzin

Ale wtedy akurat

Stary wjechał do rowu

Ciągnikiem

I zginął

 

Rok później

W dzień ojca

Piętnastoletni Damian

Kompletnie pijany

Tłukł się po obejściu

I szukał siekiery

Matka z siostrą gdzieś poszły

Bo był agresywny

Niech idą

Kurwa

Gdyż jest taka sprawa

Kuzyn mianowicie

Co mieszkał za płotem

Ubliżył kiedyś ojcu

I wybił mu szybę

Za takie coś

Tylko śmierć

 

 

Damian nie miał nawet

Cienia wątpliwości

Sam wezwał policję

Powyłączał światła

I czekał z siekierą

Za regałem w sieni

Policjantka upadła

Brocząc krwią

Lecz policjant był szybszy

I w minutę było

Po sprawie

Nie udało się zdobyć

Broni

Ani radiowozu

Kuzyn

Co lżył ojca

Jeszcze pożyje

Choć plan był chytry

Wybacz tato

 

Teraz Damian siedzi

Jada regularnie

Uczy się zawodu

Lecz nadal

Nic z tego

Wszystkiego nie rozumie

A to są przecież…

Takie proste sprawy.

PIERWSZY KONCERT

 

Nie możesz już zrobić nic więcej

Za ostatnie pieniądze kupiłeś mu garnitur

choć wiesz

że za pół roku z niego wyrośnie

Kupiłeś koszulę

sąsiada poprosiłeś

by zawiązał krawat

jedna dziurka dodatkowo

w twoim pasku od spodni

bo był zbyt luźny

i gotowe

Potem w lichym świetle żarówki

nocą

na kuchennym stole podklejałeś nuty

Rankiem chłopiec wysiada pod katedrą

Kilka słów otuchy

Zna je na pamięć

Macha ci na pożegnanie

i odchodzi

by wmieszać się w obojętność tłumu

Tę obojętność

która tak łatwo przeradza się

w rządzę krwi

lub co gorsza

w politowanie

A ta katedra

cholera

wydaje ci się bardziej strzelista

niż zwykle

Obaj wiedzieliście

że od tej chwili   

dzieciak będzie musiał radzić sobie sam

Patrzysz jak pnie się

po tych granitowych schodach

z włosami w nieładzie

w krzywo pozapinanej marynarce

w zbyt dużych butach

Gubi nuty na wietrze

a ty

nie możesz już zrobić nic więcej

I ta myśl jest nie do zniesienia

I to są te chwile

w których dorośli mężczyźni

o ile nikt nie widzi

płaczą

 

DZIŚ UMARŁO DRZEWO

 

Dziś umarło drzewo

Jęk jego korzeni

Rozchodził się w ziemi

Niczym krzyk delfina

W głębi oceanu

A w drugim końcu sadu

Gdzie ledwo słyszałem

Wizg pił i stukot topora

Drzewa poruszyły

Swymi koronami

Choć nie było wiatru

A to, pod którym stałem

Mógłbym przysiąc

Drżało

.

MĘSKIE SPRAWY

 

 

Obaj byli skrępowani

Nie wiedzieli co zrobić

Z rękoma

Stali naprzeciw siebie

W tym parku

Nad stawem

Mały chłopiec

I dojrzały mężczyzna

Ta sama krew

Tyle że nigdy dotąd

Się nie spotkali

Od teraz mieli być razem

Bo jakimś cudem

Łaskawy los

Wyeliminował

Okrutną matkę

Nie mogła już stać w progu

I histerycznym wrzaskiem

Nie mogła oskarżać

Ich obu

O wszystkie grzechy

Izraela

Od teraz mieli być razem

Mały chłopiec

I dojrzały mężczyzna

Ta sama krew

Te same oczy

Nareszcie się spotkali

W tym parku

Nad stawem

Piotrek jestem”

Chłopiec wyciągnął rękę

Stefan”

Ojciec podał mu drżącą dłoń

Usiedli na ławce

Mężczyzna zapalił

Papierosa

Chłopiec wyciągnął

Chleb dla kaczek

Które powoli

Zmierzały do brzegu

Masz samochód ?”

Spytał mały rzeczowo

Nie mam”

Musimy jakiś kupić”

Myślałem o dieslu”

Rzekł ojciec po chwili

Yhm”

Chłopiec nie miał zastrzeżeń

Gapili się na staw

Obaj kiwali głowami

I obaj byli

Bliscy płaczu

Czy to jest mój tata ?”

Pytały oczy chłopca

Więc to jest mój syn !”

Krzyczało serce ojca …

I ustalili

Że diesel

Byłby OK.

KRZTYNA MAGII

Mały Krzyś

Z domu dziecka

Ni stąd ni zowąd

Powiedział opiekunce

Że bardzo jej ładnie

W tym niebieskim swetrze

Sweter był zielony

Sfilcowany na szmatę

Krzyś chory na gruźlicę

A opiekunka

Stara panna

Mocno odstawała

Od wszelkich możliwych

Nawet tych życzliwych

Standardów urody

„Pora spać” – powiedziała

Poprawiła włosy

A gdy chłopiec zniknął

W ciemnym korytarzu

Spojrzała ukradkiem

Na swoje odbicie

W szklanych drzwiach gabloty

I pomyślała że może

Te zdeptane klapki

Powinna zamieć

Na buty na obcasie

Potem poszła na górę

I przez chwilę nabrawszy

Jakiejś dziwnej gibkości

Gasiła światła

W pokojach dziewczynek

Mówiąc im „dobranoc”

Jakby cieplej

Niż zwykle

Czerwcowa noc

Pachnie maciejką

Psy we wsi

Dziwna rzecz

Nie szczekają wcale

Mały Krzyś

Uśnie dziś bez trudu

A opiekunka

Być może

Znów napisze wiersz …

Chyba była w tym wszystkim

Krztyna magii

Szczypta cudu

A może po prostu

Właśnie tak

Działają na kobietę

Zwykłe komplementy

Mężczyzny

Nawet na taką

Kobietę

Nawet takiego

Mężczyzny.

 

MOVING OUT

 

 

Pusty dom

To tak jakby ktoś umarł

Pusty dom

To strasznie smutna rzecz

Ostatnie sprzęty

Wyniesiono

Okna zostały

Pomyte

Parkiety błyszczą

Smutkiem

A kran w kuchni

Dziwna rzecz

Już nie kapie

Pusty dom

To tak jakby ktoś umarł

Rozparłem ramionami

Framugę drzwi salonu

I z opuszczoną głową

Stoję nieruchomo

Jak prorok frasobliwy

W przedsionku świątyni

Boję się drgnąć

Boję się rozproszyć

Ledwie wyczuwalny

Zapach cynamonu

Boję się że spłoszę

Dźwięki fortepianu

Które mógłbym przysiąc

Ciągle jeszcze słyszę

Pusty dom…

I nie wiem co powiedzieć

Jednak jestem pewien

Że domy

Tak jak ludzie

Również

Mają dusze.

 

 

 

 

OSTATNIA TAKA BIBLIOTEKA

 

Nazywam się Ba

Olubebe Babacar Ba

Ale kto by to spamiętał ?

Mów mi Ole

Jak wszyscy.

Postoję tu jeszcze pół godziny

Potem pojadę dalej

I w czwartek wrócę

O 9.45

I zostanę do 10.15

Ten sam rozkład

Od 30 lat

I ten sam autobus

Bardzo o niego dbałem

I tak jest do dziś

Przez te lata

Objechałem nim

7 razy

Ziemię dookoła

Po równiku, wiesz

Tak jakoś wychodzi

 

Kiedyś była u mnie

Astrid Lindgren

Słyszałem o niej jeszcze

U nas w Senegalu

To wielkie szczęście, że dali mi tę pracę

Poznałem Astrid Lindgren

Czytała swoje wiersze

Wiedziałeś, że pisała także

Wiersze ?

Siedziała w tym autobusie

Siedziała tam z przodu

A ja wtedy jeszcze

Nie rozumiałem nawet połowy

Z tego co mówiła

Ale kiedy wróciłem do domu

Powiedziałem

„Hej, dziś w moim autobusie

Była Astrid Lindgren”

Dzieciaki były zachwycone

Musiałem im o tym opowiadać

Ciągle od nowa

To było coś

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ty jesteś tutaj nowy

Od niedawna w okolicy

Możesz o tym nie wiedzieć

Ale oni tam, w ratuszu

Uznali

Że objazdowa biblioteka

Nikomu już nie służy

Co nie jest prawdą

Bo ludzie wciąż przychodzą

I właśnie ja

Mam tu taką

Petycję

Podpisały się już

Cztery osoby

Byłbyś piąty

Wiesz

Jak im mogło przyjść do głowy

Że objazdowe biblioteki

Przegrają z internetem ?

To nie jest prawda

Jak to nikomu nie służy ?

Przecież

Ludzie wciąż przychodzą

I na Boga

Przecież …

Jestem jeszcze

Ja

Olubebe Babacar Ba.

.