JESTEM NA GRANICY …

Opuszczam Ojczyznę
A oni stoją w ciemności
i patrzą jak się zbliżam
i wzrokiem mierzą mój wóz
A twarze mają okrutne
Bezlitosne
I ona

i on

jakby z jednej odlane formy
Z takimi nie ma żadnej dyskusji
Podjęcie nieśmiałej próby
to dla nich obelga
Mundury na nich nie leżą
nieforemne i pozbawione znaczenia
Majestat orła w koronie
na nich
to jakby kpina
A twarze mają okrutne
Bezlitosne
I ona

i on

Lecz nagle
w ślipiach
pomieszanie i strach
I zwątpienie
Bo z samochodu
z tablic

z tych okularów

i z klarownego oblicza

wyglądam im raczej

na Szweda
albo na Duńczyka
i trzeba będzie użyć języków
obcych
obcych niesłychanie
i tu panie bida
I tu bida panie
Nie da się

zgnębić człowieka

Więc niech lepiej jedzie
Więc jadę
W lusterku widzę jak zatrzymują
tego za mną
Bo to swój chłop
I jak do niego z wolna podchodzą
A twarze mają okrutne
Bezlitosne
I ona

i on

.

 

 

MOWA KOŃCOWA

 
Niech mi nikt nie mówi
że moja poezja jest niedojrzała
To znaczy mówić może
ale ja już nic z tym nie zrobię
Tak jak stuletnia sosna
karłowata
z rachityczną koroną
stargana przez wiatr z północy
raczej już nie wystrzeli w górę
i nie buchnie zielenią
tak i ja
prawdopodobnie
doszedłem już do kresu …
czegoś tam
Ja już przeszedłem
na drugą stronę ulicy
na której jest cień
i częściej
zdarzają się wypadki
wystawy są szare i ubogie
a nierówne płyty chodnika
kaleczą stopy
spowalniając marsz
Ja już niedługo zniknę
w jakiejś ciemnej bramie
Za późno
by wystrzelić w górę
i buchnąć zielenią
.

WIRUS

 

 A gdyby pojawił się wirus

i przetrzebił ludzkość

zostawiając przy życiu tylko 10%

zabijając bezlitośnie pozostałe 90%

dobrych

złych

wszystkich jak leci ?

Wszystkich z wyjątkiem nas i naszych najbliższych

O przyjaciół mniejsza

Przyjaciół znajdziemy sobie nowych

o ile będą nam potrzebni

Więc gdyby pojawił się ten wirus

to pomijając konieczność

pogrzebania

sześciu i pół miliarda trupów

świat może byłby

do przyjęcia

Siedzę w samochodzie

w centrum miasta

Patrzę na przepływające rzesze

Dobrych

 Złych

Wszystkich jak leci

W ręku ściskam fiolkę

z wirusem

Otworzyć

Nie otworzyć

Otworzyć

Otwieram

Leć

Na zdrowie.

.

KROPLA SAMOTNOŚCI

 
 
Stałem plecami do do wiatru
i grzebałem patykiem
w brunatnym zielsku
szukając bursztynów
i chwili wytchnienia
skarbów
ukrytych w zgniliźnie
I już byłem blisko
już miałem
jedno
lub drugie
lecz oto pies warowny
łapędajny
aportliwy
tytanowy wibrator
z diamentową głowicą
i japońska lalka
co pierze
gotuje
i ssie jak pompa
i ich dzieci
śliczne
bezwonne
gejsze myśliwskie
wyszli na spacer
plażą
wyszli na plażę
spacerkiem
Lalka dostrzegła mnie pierwsza
nim pies merdnął ogonem
nim zwietrzyły mnie dzieci
Za późno by się rozpłynąć
i zniknąć
jak dym z papierosa
„O czym dumasz” ? – spytała
gdy się zbliżyli
„O morzu” – powiadam
„Morze” – Lalka patrzy na horyzont – „morze jest jak kobieta”
„Zdradliwe
nigdy nie wybacza
rozdaje muszelki
i zabiera okręty”
„Twoja kobieta nie z tobą” ? – pyta pies
„Śpi” – powiadam
„Czy chora” ?
„Zmęczona”
„Niech będzie pozdrowiona”
„Amen”
Pies rzucił okiem na niebo
poślinił palec
i wyciągnął w górę
Wyjął z kieszeni termometr
barometr
higrometr
atlas chmur
Skinieniem ręki przywołał najstarszych górali.
„A mój psiapsiu nic tylko praca i praca …”
Lalka wsunęła dłoń
pod moją kurtkę
i położyła mi ją
na sercu
Pies naradza się z góralami
Dzieci polują na mewy
meduzy
ameby
„A o czym myślałeś gdy zobaczyłeś mnie pierwszy raz” ?
pyta Lalka
„O morzu” – powiadam
„Ale to ja musiałam pierwsza rzucić słowo
Nie dbałeś o to co pomyślę
bo wy cudzoziemcy
jesteście w o tyle dobrej sytuacji
że wszystko idzie na konto
waszej pierwotnej natury
odmiennej kultury
i dzikiego obyczaju
i waszej młodości
pięknych oczu
i zawiłych losów …”
Lalka toczy słowa
tak gładko
jak żaba toczy skrzek
Pies wypuszcza balon meteorologiczny
Wszyscy są niezwykle uprzejmi
Dzieci znoszą upolowane mewy
i układają z nich białe krzyże
na skalistym brzegu
oceanu uprzejmości
gdy mnie potrzeba
jedynie
kropli …
samotności
.

DWIE MAŁE LATTE

Mam pytanie
bo byłem w galerii
z Mario
Strudzeni zeszliśmy do baru
„Dwie małe latte poproszę” …
Dziewczę płoche
oczy jak u sarenki
mogłaby być moją córką
Zamiast malować paznokcie
i stać z chłopakami w bramie
pracuje
„Ale ja już umyłam ekspres” – powiada
smutno
ze skruchą
tak cicho
że właściwie czytam tylko z ruchu ust
„Mycie takiego ekspresu to udręka
na koniec zmiany
na koniec dnia” – pomyślałem
A dziewczę ma jeszcze kupę roboty
Nawet nie zaczęła myć podłogi
Szoruje z tłuszczu tace po parówkach
a jedno z błyszczących
sarnich oczu
ma czerwone
sparzone detergentem
zatarte dziecięcą dłonią w gumowej rękawiczce
Spieszy się do chłopaka
na lekcje hiszpańskiego
albo żeby wyjść z psem
bo matka pijaczka
i brat leń
nie byli z nim od rana
więc odchodzę w pokoju
W tym mieście jest jeszcze sto miejsc
w których można napić się kawy
Lecz Mario
stoi niewzruszony
jag głaz granitowy
jak wulkaniczny monolit
jak komornik o piątej rano
„Do zamknięcia jeszcze kwadrans” – powiada
„Człowiek powinien wykonywać swoje obowiązki
solidnie
Każdy człowiek
Co do grosza
Co do minuty
Za to płacę
Za to jej płacą
Za to płacimy
Za to nam płacą
Taki jest porządek rzeczy
od zarania dziejów
i tego się trzymajmy
bo inaczej
chaos
Dwie małe Latte poproszę
albo numer telefonu do szefa „
I tak stoimy
Ja, katolik
uczeń Chrystusa
plecami do dziewczyny
bo zamierzam odejść
I Mario
Świadek Jehowy
uczeń Chrystusa
frontem
bo on się stąd nie ruszy
I wiem
że obaj mamy rację
I wiem
że jeden z nas
będzie musiał ustąpić
I mam pytanie
I pytam
Co do cholery
w tej sytuacji
zrobiłby Jezus ?

Sz. P. J. D. Adres ten sam. Od 77 lat.

 Ja byłem z miasta

Miałem skórzaną kurtkę i przeciwsłoneczne okulary

A ty prałaś torebki foliowe z supermarketu

i wieszałaś je na sznurkach w łazience

W bezlitosnym upale

ciągnęłaś mnie

na drugi koniec bazaru

bo tam marchewka była tańsza

o 10 groszy

Miałem skórzaną kurtkę i przeciwsłoneczne okulary

I byłem tak cholernie wyrozumiały

Nigdy nie kupowałaś bananów

bo po co ?

W ziemniakach jest więcej skrobi

A kiedy odjeżdżałem

przynosiłaś brudne jajka

i mleko prosto od krowy

w cynkowej bańce

z pogiętą przykrywką

uszczelnioną gazetami

„To pijta, bo zdrowe” – mówiłaś

„A to ze sklepu, to kupa dziada”

Mleko kapało na wykładzinę

w bagażniku mojego zagranicznego auta

i byłem wściekły

Ale byłem z miasta

Miałem skórzaną kurtkę i przeciwsłoneczne okulary

I wypełniał mnie ocean uprzejmości

Chlupotały we mnie hektolitry

dobrotliwego zrozumienia

Nawet wtedy, gdy kazałaś mi wyciągać obierki z kosza

bo ich miejsce jest w kompostowniku

I gdy parzyłaś mi kawę z prażonego żyta

bo ta prawdziwa się skończyła

Lub gdy pod cieknący kran stawiałaś garnek

by do rana nakapało z litr, albo półtora

choć tego lata w powodzi zginęło 56 osób

7000 straciło dach nad głową

i trzeba było ułożyć od nowa

2000 kilometrów torów

Ty ratowałaś pojedyncze krople

bo każdej kropli szkoda

a ja godzinami stojąc pod prysznicem

śpiewałem, że jestem z miasta

i parskałem zwycięsko

Jak głupek

Bo to raczej ja byłem

pożałowania godzien

Choć byłem z miasta

I miałem skórzaną kurtkę i te okulary

Cóż

lata chylą mnie ku ziemi

Przeciwsłoneczne okulary zsunęły się

na czubek mego nosa

Zdziwiony spoglądam sponad ciemnych szkieł

i dopiero teraz

dostrzegam również tę część światła

która zawsze biła od Ciebie

I dopiero teraz

kiedy patrzę na to wszystko

widzę

że to Ty

zawsze miałaś rację

.