JAK UMIERAJĄ KACZKI ?
Samotny Edredon
ułożył się pod skałą
w miejscu którego
nie sięgały fale
i gdzie nie szalał wiatr
Wykręcił szyję
dziób ukrył
w piórach na grzbiecie
Stał się kulą
brudnego
pożółkłego puchu
Stał się strzępkiem
gasnącego życia
obryzganego
słoną
zamarzającą
w lodowatej bryzie
pianą
Stanąłem nagi
z mokrym ręcznikiem
na biodrach
w czapce z pomponem
na głowie
Nigdy nie widział czegoś takiego
lecz nawet nie drgnął
Westchnął chyba
i zamknął oczy
Jak gdyby nigdy nic
Jakby mnie tu w ogóle
nie było
Zrozumiałem
choć…
z rozumem niewiele
to miało wspólnego
Ja to raczej
poczułem
Wycofałem się powoli
Zapadł zmierzch
Kalecząc stopy poszukałem
innej drogi do miejsca
gdzie zostawiłem
samochód
Pogódź się z tą zatoką
bracie ptaku
w samotności
Pogódź się z tą granitową
skałą
w spokoju
Nam ludziom
nie zawsze jest to dane.
‘
PIETA
Oto leżałem
z głową
na kolanach Bogini
Pochyliła się nade mną
i poczułem zapach lawendy
Przez zamknięte powieki
widziałem blask
który bił od niej
Silikonowa rękawiczka
jak aksamit
jak skrzydło motyla
musnęła moje wargi
„Proszę otworzyć
szeroko
szeroooko” – powiedziała
Lecz jakże mi rozewrzeć
japę
w obliczu takiego zjawiska
Jak mam odsłonić
te lata zaniedbań
płukane
hektolitrami whisky
z Azerbejdżanu
okopcone dymem
tysięcy
tanich fajek
z podłego tytoniu
Jakże mam dać jej zajrzeć
w tę nikczemną czeluść
zbrukaną tysiącem
niepotrzebnych słów
kłamstw i wykrętów
zszarganą kaskadami
obelg i kalumnii
Nie poważę się zionąć
mym pożółkłym wnętrzem
w tę światłość nieskalaną
w ten powiew absolutu
Zacisnąłem wargi
bo nagle
poczułem się brudny
i stary
Najnikczemniejszy żul w tym mieście
byłby przy mnie
Elfem
Co za udręka…
A ona
pochyliła się jeszcze niżej
łokieć wsparła lekko
na moim ramieniu
„Jak będzie trzeba
znieczulimy” – szepnęła
„Na to
co mi dolega
nie ma zastrzyku” – pomyślałem
„Tego się znieczulic
nie da”
Boże
co za katusze
Co za piekielna
tortura
Jeszcze chwila
i zrozpaczony
byłbym sczezł do ostatka
w tym płonącym fotelu
lecz wtedy właśnie
włączyła się jej
perystaltyka
wewnętrzna walka żywiołów
gazy i ciecze
sprężyły się wzajemnie
wypełniając jej
nieziemskie trzewia
złowrogim
wulkanicznym bulgotem
„Oj
Pani Jolu
proszę wstawić wodę
na kawę” – powiedziała do asystentki
a ja
odetchnąłem
Rozwarłem szczęki
bezwstydnie
szeroko
szeroooko
by wreszcie mogła
użalić się
nad mym martwym ciałem
Niech się dzieje
to miłosierdzie
Niech robi co chce
ta
kobieta
Kobieta – powiadam
bo burczy jej
w brzuchu
więc…
nie jest Aniołem.
‘
INSTRUKCJA OBSŁUGI
„Ten tom wierszy
jest jak pudełko czekoladek” – powiedział
„Nie możesz być pewna
na co trafisz
orzeszek
likier
pistacje
kwaśna wisienka
lub gorzkie migdały
Lecz co by to nie było
jakkolwiek byś to lubiła
trzymaj się zasady:
jedna czekoladka dziennie
Najlepiej wieczorem
po dobrym obiedzie
Jedna
nie więcej
Tak jest zdrowiej
I na dłużej wystarczy”
.
KWIATY

ÓSMY GRZECH GŁÓWNY
Pani Basia pamiętała
swój pierwszy raz
lecz bardziej
zapadł jej w pamięci
ten ostatni
piętnaście lat temu
Następnego ranka
mąż ją zostawił
dla młodszej
pielęgniarki
(historia stara jak świat)
a ona nienawidziła
i tęskniła
jednocześnie
bo nienawiść
tak naprawdę
rzadko bywa totalna
Tak jak i miłość
Pani Basi w każdym razie
wszystko się pomieszało
Sama nie wiedziała czego chce
A może i wiedziała
lecz wolała milczeć
Przez te lata
kiedy była sama
zawzięcie tarła ziemniaki
trzepała koce
i wieszała pranie
Jak gdyby nigdy nic…
I tak strasznie tęskniła
,
Pan Marian
jakby to powiedzieć
przez całe życie chodził
do tego samego kościoła
na msze odprawiane
raz przed ołtarzem
raz na zakrystii
Ten sam dzwon
i ta sama dzwonnica
przez ponad ćwierć wieku
I nie ciągnęło go na boki
Ale potem
jego żona zmarła
Od tego czasu pościł
a w tych rzadkich
zawstydzających chwilach
grzechu i poruty
w łazience
przed zaparowanym lustrem
tłoczył w swoją duszę
więcej smutku
niż ukojenia
,
A tego lata
w hotelu „Trojak”
była wystawa
kwiatów
i kompozycji kwiatowych
Jedno z tych zdarzeń
które jak magnes ściągają
motyle
pszczoły
i emerytów
,
Wpadli na siebie
znienacka
przypadkiem
przy zadziwiającym bukiecie
który nazwano
„Black Jack”
Pan Marian był oszołomiony
zapachem kwiatów i
widokiem tej kobiety
Miała tak piękne
modre oczy
I te piersi
jak melony
Boże
Drgnęła w nim jakaś
zapomniana struna
Jego krwiobieg zawrzał
Był prawie gotów
jak dawniej przed laty
kupić wino
wziąć pokój w hotelu
i do białego rana
językiem wciskać przyciski
które raz za razem
wysyłały by ją w kosmos
do Nieba
Tego był pewien
choć byłaby to przecież
dopiero
druga kobieta
w jego życiu
,
A pani Basia poczuła
że gdzieś za mostkiem
pękł jej flakonik
z czymś gorącym
„On ma takie silne
męskie dłonie” – pomyślała
Zapragnęła by zaszedł ją od tyłu
i tymi sękatymi łapy
ścisnął jej piersi
mocno
aż zatrzeszczą fiszbiny w staniku
aż jej dusza do ostatka
omdleje
i zalegnie przewieszona
przez jego silne
samcze ramię
niczym jedwabny szal
na granitowej skale
Byłaby gotowa
ubrać się w fartuszek
i być na jego rozkazy
mogłaby myć
jego samochód
mogłaby spłacać długi
ale by żyła
bo ciepło jego dłoni
i zapach jego kurtki
w przedpokoju
byłyby jej do życia
potrzebne jak tlen
Tego była pewna
choć byłby to dopiero
jej drugi mężczyzna
,
„Piękny” – wyszeptała
myśląc chyba
o bukiecie
„Prawdziwy cud natury” – odrzekł
patrząc jej prosto w oczy
Oboje byli zmieszani
zawstydzeni swymi myślami
siwymi włosami
marnymi emeryturami
niespodziewanie młodzieńczą
durnotą serc
co nagle rozkwitła
jak te cudne kwiaty
lecz która im
nie przystoi
Bo co by ludzie
Bo co by dzieci
Bo jak to
Więc krok w tył
Więc krok w bok
Jeszcze jeden uśmiech
Marnie odegrana
chwila skupienia
nad jakąś etykietką
choć bez okularów
to tylko biała plama…
I tyle…
Ich tramwaje odjechały
każdy do innej zajezdni
A to miasto jest
zbyt wielkie
by się mogli
odnaleźć
,
Pani Basia wróciła
do swej kawalerki
Starła ziemniaki
Powiesiła pranie
Wytrzepała koce
,
Pan Marian
nie zdejmując kurtki
stanął przed lustrem w łazience
Oparł się czołem o zimne szkło
i tak stał
i stał
i gdyby nie ta staromodna
męska duma
to pewnie byłby
zapłakał
,
Oboje mieli dziwne
duszne poczucie
że zgrzeszyli
I oboje
mieli rację
cholera
bowiem takie
zaniechanie
zwykłej człowieczej bliskości
to ósmy
jakże powszechny
grzech główny
ludzkości
,
Pani Basia
wyjęła
starą gazetę z kosza
i odnalazła
to niewielkie ogłoszenie
Potem zaczęła studiować
daty w kalendarzu
Stuknęła palcem we wtorek
i pobiegła do szafy
poprzeglądać sukienki
,
Pan Marian nie miał gazety
ale znalazł numer
hotelu „Trojak”
Zadzwonił i zapytał
czy następnego dnia
będzie jeszcze ta wystawa
„Jutro ostatni dzień” – powiedziała recepcjonistka
„Serdecznie zapraszamy
Bo wie pan…
naprawdę
grzechem by było
to przegapić”
.
DSC_0032
STARY WRÓBEL
Dziewczynka przybiegła do domu
z płaczem
„Nasz kotek!” – zawołała
„Nasz Melwinek!
chodził po podwórku
z wróbelkiem w zębach
a ten ptaszek
chyba …
on już chyba nie żyje!”
Ojciec westchnął
wziął małą na kolana
i wytarł jej buzię
rękawem swego szlafroka
„To zwykła rzecz córeczko” – powiedział
„Czasem tak to wygląda”
„Ale ja nie chcę!” – zawołała
i zaczęła buczeć
„Wszystko jest tak
jak być powinno
Nie płacz kropelko
bo nie ma powodu
Trzeba ci wiedzieć
że młody
zdrowy ptak
śmiga jak strzała
zwinny i zuchwały
zbyt czujny
by nasz gruby kocur
mógł do niego podejść
Lecz ten wróbel
był stary
i pewnie schorowany
Dlatego dał się złapać
I tak jest dla niego
lepiej
Jastrząb
albo kot
to jego wybawienie
To prezent od mądrej natury
Bo on już sobie podziobał
i więcej nie podziobie
On już swoje wylatał
i więcej nie polata
Nie pofigluje
w koronach drzew
ani w niebieskiej od nieba
kałuży
Nie wytarga z trawnika
dżdżownicy
długiej na sześć cali
i nie złapie w locie
konika polnego
jak to kiedyś
bywało
Nie będzie miał nawet siły
poszukać ziarenek
owsa
pszenicy
czy prosa
Będzie drżał z zimna
lecz słońce
już temu nie zaradzi
już go nie ogrzeje
nie odbije się blaskiem
w jego matowm oku
Rześkie poranki
będą dla biedaka
jedynie początkiem
kolejnego dnia
udręki i rozpaczy
a cudne letnie wieczory
złowrogą zapowiedzią
kolejnej
czarnej jak grobowiec nocy
Tam w tym parku córeczko
czekał na niego
już tylko głód
strach
i ból
I co bardzo smutne
kompletna dezorientacja
która jak wiadomo
potęguje grozę
Dezorientacja
która wzbudza panikę
A ciało
choć suche jak wiór
nie wiedzieć jakim cudem
wciąż roni łzy
A ciało
zbyt słabe by się bronić
lub uciec
drży jedynie…
niby pomne
swej dawnej siły
i zarazem niczego
już nie pomne
To jest gehenna
królewno…
Tak…
.
Ten wróbel
w każdym razie
nie będzie
tygodniami
umierał z głodu
Nie będzie się już bał
Nasz kot załatwił sprawę
I jakkolwiek to wyglądało
tak właśnie powinno być
O tym ptaku można powiedzieć
że miał farta”
.
Dziewczynka westchnęła
wytarła nos rękawem
pobiegła do kuchni
złapała banana
i zniknęła w ogrodzie
.
„Co jej powiedziałeś?” – spytała matka z werandy
„Prawdę – odrzekł ojciec
„Powiedziałem jej prawdę”
Potem się zadumał
Myślał teraz
o swojej
starości
która
zbliżała się
wielkimi krokami
Czuł to wyraźnie
Już zaczynało
wiać chłodem.
.
dreamy 3 hands
„NA BUDOWIE ZATRUDNIĘ – ZAGRANICA”
W odpowiedzi na pańskie ogłoszenie
mam na imię Kamil
(albo Adrian)
jak połowa chłopaków z mojego rocznika
przynajmniej w naszej gminie
Lat 34
Żona pracuje w sklepie
(lub w ośrodku zdrowia)
jak połowa dziewczyn z jej rocznika
Pozostałe nie mają pracy
Córeczki rosną
Julka za rok ma Komunię
Więc nie ma co
trzeba jechać
Facet w moim wieku
powinien już być
ogarnięty
Dlatego do pana napisałem
Jestem gotów na wyjazd do obcego kraju
gdzie nikt nie mówi moim językiem
i nikt mojego języka nie słucha
Jestem gotów zamieszkać w ciasnym mieszkaniu
z kilkoma takimi jak ja
czekać godzinami w kolejce do prysznica
do kuchenki
do sracza
każdego wieczoru widzieć
jak kłócą się z żonami
ślą całusy maluchom
pozdrawiają dziadków
po czym wyłączają skype’a
otwierają piwo
i godzinami gapią się w sufit
albo w telewizor
co na jedno wychodzi
A potem chrapią
jakby uciekały z nich dusze
a oni rozpaczliwie
próbowali je wciągnąć z powrotem
O ich butach stojących przy łóżkach
wolę nie mówić
Co do języków
to są mi obce
Angielski znam słabo
Tyle co z filmów
A i tak zawsze się okazuje
że moi ewentualni rozmówcy
nie oglądali tych samych filmów co ja
I kiszka
Nie pogadasz
Ale zawsze są mili
Pracowałem w magazynie
potem trochę u lakiernika
i pomagałem na budowie
tak że suche tynki
karton gips
sufity podwieszane
robię
Kafelków nie kładę
Ale szybko się uczę
Jestem gotów wstawać o czwartej trzydzieści
by robić sobie kanapki
z tostowego chleba
nim tamci się obudzą
parzyć herbatę w termosie
który i tak nie trzyma
a potem drzemać w wilgotnym metrze
lub w samochodzie cuchnącym spalinami
wyobrażając sobie moje dziewczyny
które wciąż jeszcze śpią
w ciepłej, pachnącej pościeli…
Wtedy powieje sensem
Uronię łzę
I będzie mi lżej
Zlany potem
lub deszczem
w każdym razie w mokrej koszuli
do zmroku
będę nosił cement
i podawał narzędzia
Januszom
twardzielom
w których oczach
obok dobrze markowanej swady
i obojętności
dostrzegę jedną tylko
lecz jakże dręczącą
obawę :
„ Czy szef nas znowu
aby nie wychuja ? ”
Będzie od nich trącić
tak dobrze mi znanym
zapachem
który czuć w kolejkach
do totalizatora
w pośredniaku
lub pod sklepem
o szóstej rano
kiedy piwo z lodówki
jest i tak cieplejsze
niż powietrze na dworze
Tak pachnie
samotność
rozpacz i strach
I tak pachnie
odwieczne pytanie :
„ Jak to się kurwa stało
że ja
jestem częścią
tego
wszystkiego ? ”
lub mówiąc najprościej
„Co ja tutaj robię ?”
No cóż …
To tyle o mnie
Proszę o szybką
odpowiedź.
.
P.S
.
Prawo jazdy posiadam.
Kategoria B.
.